wtorek, 3 lipca 2012

Prologos



Prolog
Czyli i tak nie wiesz o co chodzi.


W prologu powinno chyba być coś na kształt wprowadzenia, ale tak, żeby czytelnik się zaciekawił i nie domyślił od razu o czym to będzie i jak się skończy. Po dobrym prologu czytelnik powinien chcieć chłonąć całym sobą każdą linijkę narratora, każde słowo i poszczególną literkę.
Ja mam w dupie czy was zachęcam czy nie. <głos króla Juliana> Ja wam nakazuje mnie czcić, stawiać mi posążki i modlić się na kolanach u moich stóp. o! 
Have a nice reading :D

No dobra:


   Więc wszystko zaczyna się dawno dawno temu, w latach 60, kiedy to moja kochana babcia przeżywała swój okres dojrzewania, buntowała się przeciwko światu, wojnom. Jednym słowem była za pokojem na świecie i wolną miłością. No i za legalizacją "cudownych cukiereczków" w naszym burym społeczeństwie. Chodziła poubierana jak głupia. W czasach kiedy w Polsce wszyscy chodzili schludnie ubrani do szkoły (w mundurkach), w ławkach siedzieli wyprostowani i skrzętnie notowali wszystkie cenne wyłapane złote myśli belfra (jak to wspomina Babcia), ona chodziła w długich kolorowych spódnicach, bluzeczkach w kwiatuszki, z milionem bransoletek na rękach i nogach, z wisiorkami, wisiorami i kolczykami do pasa, w szerokich spodniach i opasce na czole. Była rasową hipiską (tak przynajmniej twierdzi). Pewnego dnia kochała się namiętnie w szkolnym klozecie (wychodek był, o ile ją pamięć nie myli, za szkołą, centralnie kilka metrów od klitki woźnego), kiedy nagle przerwała im nauczycielka. Dziadka wywalili, ale zdążył jeszcze nakłamać, że Babcia (znaczy się wtedy jeszcze nie była Babcią, wtedy jeszcze wszyscy mówili do niej Luiza) tego nie chciała, on ją zmusił, bla bla bla... pozwolili jej zostać, ale dostała ostatnią szansę, więc musiała się pilnować (dziadka wywalili bo miał jeszcze kilka innych rzeczy za uszami, ale to dłuższa historia, która w sumie nie jest w tym momencie ważna, no albo przynajmniej nie najważniejsza). Dziadek nie był takim moim prawdziwym dziadkiem, bo nigdy nie wyszedł za Babcię. Dziadek był po prostu ojcem mojej matki, bo to ona była właśnie pamiątką po Dziadka ostatnim dniu w szkole.

   A może wszystko zaczyna się 16 lat później, kiedy Nadia poznała poznała Sarę i po pierwszym spotkaniu postanowiły, że od tego dnia zaczną wszystko robić razem. Nadia poszła do tej samej szkoły średniej co Sara i od pierwszego spotkania się pokochały. Może dlatego, że Luiza nauczyła Nadię jak żyć, żeby w tym gównie zawsze odnajdywać szczęście, a Sara była pod tym względem strasznie podobna do mamy. Może dlatego, że jako jedyne zapomniały donieść jakieś tam świstki i pierwszego dnia były wezwane do dyrektorki, a może po prostu takie było przeznaczenie. Nikt chyba tego nie wie... Nadia szybko się zakochała, a przecież mama ją nauczyła, żeby kochać wszystko co nas otacza, wszystkich ludzi, każdego ptaszka, każde źdźbło trawy. Sara na początku się za to obraziła, nie rozmawiały przez dłuuuugie dwie godziny. Potem Tomasz przedstawił Bąbla (tatę Wiwi), cudownego loczkowego rudzielca, w którym również zakochała się od pierwszego wejrzenia.
   A może wszystko zaczyna się od mojego i Wiwi urodzenia.
  Albo od przeprowadzki Johnego, która w sumie chronologicznie powinna być przed naszymi urodzinami.
  Chociaż właściwa historia zaczyna się dużo później, w słoneczny dzień na samym środku chodnika przy ul. Floriańskiej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz