Rozdział
I,
Początek
tego wszystkiego co się dopiero wydarzy.
"Gdy przyjdzie
przysposobić do kochania inne
Z początku obco-szorstkie
zimne, zimne, zimne, zimne ciało
Znów, znów mi do głowy przyjdziesz Ty
Znów, znów mi do głowy
przyjdziesz Ty"
Głos Nosowskiej wypełniał moją
głowę, obijał się o czaszkę i wywracał wesoło fikołki pod
potylicą. Uwielbiałam jej teksty za to, że są takie szczere, odważne, a
czasem wręcz bezczelne.
W tym momencie uderzyłam w coś z
impetem.
- Hej! Patrz pod nogi! –
spojrzałam do góry. Nade mną jakieś 40cm znajdowały się wielkie zielone oczy,
jeszcze wyżej blond dredy. Są dwa typy mężczyzn: ci którym można ufać, do nich
zaliczają się brązowoocy bruneci z zarostem i dredziaki, reszta to po prostu
tępe… Nevermind.
- No raczej po ziemi się nie
czołgasz, więc co mi da patrzenie POD nogi? – podniosłam z ziemi moją oliwkową
kostkę, wyminęłam go z gracją i poszłam dalej w tym samym kierunku.
Obróciłam się po policzeniu do
10… I to był błąd. On cały czas tam stał i patrzył w moją stronę. Pomachałam mu
i więcej nie spoglądałam. No co miałam zrobić? W domu od razu pobiegłam do
mojego pokoju i włączyłam skype. Po chwili na moim ekranie pojawiła się
burza rudych loków a po chwili wydobyły się oczy i reszta twarzy.
- Mania? Co ty taka roześmiana? –
spojrzałam na nią szerokimi oczami.
- Wiwi… Przecież ja zawsze jestem
uśmiechnięta.
- Chyba tylko jak komuś coś
zrobisz na złość.- uśmiech zniknął mi na moment na rzecz grymasu.
- No dawaj nie owijaj w jelita
tylko mów o so cho, bo myziezpaćchze- zieeeeeew. Charakterystyczne dla Wiewióry
są dziwne zwroty, nawet jak jest śpiąca…
- Wiewióruś, jest 10 rano! Ile ty
śpisz kobieto? Albo nie, nie mów. Matko!- uśmiech rozszerzył się jeszcze
bardziej a Wiwi jakby się trochę rozbudziła i spojrzała ciekawie na moje usta.
- Poznałaś kogoś?
- Tak. Znaczy nie… Trochę jakby
tak ale raczej nie. No… Szłam sobie ulicą…
- I ktoś do ciebie zagadał?
Czekaj, czy to ty? - :o
- Uspokój się! 10 wdechów i
słuchaj. Idę, idę, idę, czujesz? Słuchawki w uszach i słucham. Btw. Wiesz że
Rojek odchodzi z Myslovitz?
- Mania! Bo ja umrę. To
interesujące ale bardziej ciekawi mnie twoje życie uczuciowe, o którym ty
zapyziała feministko nie za często chcesz myśleć a co dopiero mówić!
- Moja wina, ze na świecie jest
pełno samych chamów?!
- O ja cież pierdzielę! Mów ale o
tym dzisiejszym a nie o jakichś tam twoich dennych filozofiach.
- Właściwie to on też jest
chamem, ale takim uroczym.
- Masz jego numer?
- Popindroliło cię? Ja na niego
tylko wpadłam i poszłam. Ale słodkie zielone oczy i blond dredy do mnie
przemówiły.
- O cholera! Mańka, czy ja ciocia
Wiwi musi cię zawsze wszystkiego uczyć? Jeszcze mi powiedz, że się na niego
wydarłaś!
- Nieee…
- Jeden plus. No ale wpadasz na
nasz ideał i sobie odchodzisz bez niczego. Przedstawił się chociaż?
- Nie, ale miał z 2 metry i jeszcze mi będzie gadał, że mam pod
nogi patrzeć!- Wiewiór zaczęła się śmiać.
- A co on się czołgał? –
dołączyłam do niej. Nasze śmiechy były nie do odróżnienia. Kiedyś przeczytałam,
że po tym poznać prawdziwego przyjaciela. Miałam wtedy 5 lat i jak mi się
wydawało rzeczywiście prawdziwą przyjaciółkę, tak zostało do tej pory.
Śmiałyśmy się tak dopóki nie
zaczęłyśmy pochlipywać. Tak właściwie to łączy nas też to, że obie w końcu
zaczynamy pochlipywać i spływają nam łzy za każdym razem jak się śmiejemy.
- Kocham cię.- usłyszałam po
drugiej stronie monitora.
- Nie denerwuj mnie! I chodź tu
do mnie!
- Spoko, będę gdzieś między
wtorkiem…- wywróciła oczami- a zimą.- z moich oczu wypłynęła łza, tym razem nie
od śmiechu.
- Miałaś mnie nie denerwować.
- High-five!- przybiłam piątkę do
monitora. – Kurde mać, Mania! JAK TY MOŻESZ siedzieć tutaj przede mną taka
rozmazana?
Uśmiechnęłam się przez łzy.
- Też cię kocham głuptasie.
Siedziałyśmy dłuższą chwilę i
patrzyłyśmy po prostu na swoje mokre policzki. Naprawdę ją kochałam.
Ruda opowiedziała mi co ciekawego
dzieje się w Oslo i okolicach. Po wycałowaniu jej ręka prawie mi odpadała.
- O ja cież pierdzielę. Chyba
mama robi naleśniki. Czujesz? Na śniadanie!
- Hahahah. Wiwuś leć podrywać
tych swoich Norwegów i bądź szczęśliwa.
- Trzymaj się i wpadaj na dredów
częściej! Bądź szczęśliwa.
Wysłała mi łapką jeszcze z 10
buziaków i wyłączyła swoje okno, a ja siedziałam dłuższą chwilę i wpatrywałam
się w monitor.
Wiwi wyjechała do Norwegii
tamtego lata. Minął już rok, znów mamy wakacje i znów nie mamy Wiewióry.
Zostawiła mnie po 16 latach. Wiedziałyśmy, że to kiedyś nastąpi, ale miałyśmy
nadzieję, że zdarzy się to znacznie później. Właściwie to szukałyśmy ASP dla
mnie i botanikę dla niej, w jednym mieście. Myślałyśmy, że zamieszkamy razem w
naszym malutkim mieszkanku, będziemy miały psa, kota i mnóstwo kwiatków dla
Rudej. A każdy kwiatek będzie miał imię, bo „wtedy są szczęśliwsze”. No i nie
wyszło.
Nie jest nam źle bez siebie.
Tylko jak o sobie mówimy, jak się śmiejemy, jak płaczemy, jak jemy lody
arbuzowe, jak słuchamy Farben Lehre i jak oddychamy. Cholernie źle. Czasem mam
ochotę rzucić wszystko i jechać do tej pieprzonej Norwegii, ale zanim uzbieram
trochę kasy, dochodzi do mnie myśl, że ja jestem Mania! Nie można się poddawać.
Codziennie zaliczamy skype a w razie mniej lub bardziej strasznych doświadczeń,
wykonujemy do siebie w ciągu dnia z milion telefonów. Właściwie to mogłabym
oszczędzić kasy na bilet ale wtedy przez pół roku nie mogłybyśmy do siebie dzwonić,
co byłoby nie do wykonania, więc pomysł legł przy fundamentach.
Przed samym odjazdem kupiłyśmy
sobie bransoletki. Może to dziecinne, ale takie nasze. Symboliczne. Dostałam
pomarańczową a Wiwi zieloną, charakterystyczne kolory.
Ściskam właśnie motyla
przewieszonego do bransoletki. Przez myśli przelatują mi wspomnienia i nie chcę
żeby ta chwila się kończyła. Dzisiaj w nocy też nie będę spała.
Co do dreda, mam przeczucie, że
jeszcze gdzieś go spotkam.
Zeszłam na dół i pocałowałam mamę
w policzek. Jak zawsze stała w kuchni i już pichciła obiad. Spojrzałam na
zegarek. No tak, było po 12. Niedługo Szymek miał wrócić od kolegi.
Wzięłam do ręki jabłko, usiadłam
przy stole i bawiłam się jego ogonkiem.
- Co tam słychać u Wiewióreczki?
– W domu nikt chyba naprawdę nie wie jak Wiwi ma w ogóle na imię. Nawet ja sama
czasem musiałam się zastanowić. Chyba nigdy nie powiedziałam do niej Alka. A
przecież Alicja to ładne imię…
- Dobrze mamuś. Jak zawsze,
wszystko dobrze. – westchnęłam. Chciałam zmienić temat, na mniej drażniący,
taki który nie gwałciłby moich kanalików łzowych.- Wiesz mamo, że Rojek
odchodzi z Myslovitz?
Ona przynajmniej się tym
zainteresowała.
- Co ty mówisz? Naprawdę?
- Niestety. W końcu. Przyjaciele
się rozstali. Po 20 latach. Smutne…
Mama tylko westchnęła i dalej
obierała swoje ziemniaki. Ugryzłam kawałek jabłka i nie przestawałam jej
oglądać. Moja mama jest jedyna w swoim rodzaju i chociaż to banał to w jej
przypadku czysta prawda. To od niej nauczyłam się słuchać dobrego polskiego
rocka, grać na basówce, śpiewać, lepić anioły z masy solnej i robić jajecznicę.
Mama jest rzeźbiarką. Nie umiem
lepiej tego określić. Ewentualnie lepiarką. A lepi właśnie te anioły. Najwięcej
zamówień ma w okresie Bożego Narodzenia, co jest logiczne. Lepi najpiękniejsze
anioły na świecie, i wcale nie mówię tego jako jej córka, tylko jako obiektywny
krytyk lepiarski.
Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Mamcik, chyba mnie nie będzie
na obiedzie.
- A to czemu? Dzisiaj mogę ci
zrobić kotlety jajeczne, bo my mamy schabowe, ale ty…- tak, jestem
wegetarianką.
- Naprawdę mamo, zjem na mieście
z Bubą. Okej?
- No dobra, tylko masz zjeść a
nie chodzić głodna, zrozumiano?
- Jasne, jasne - cmoknęłam ją w
policzek i poszłam spakować torbę.
~*~
Oczywiście Buby nie spotkałam ani
na starym mieście ani na nowym, bo wcale nie miałam jej spotykać. Poszłam
prosto do Froda. Można kupić płyty, które w Empiku kosztują 3 razy tyle.
Właściwie to niczego nie szukałam, tak tylko patrzyłam, czy nie ma czegoś
nowego. Cóż zbliżają się Wiwi urodziny i pasowałoby jej coś niedługo wysłać.
Ciekawe co dostane od niej w tym roku.
Wiwi znałam już jako zygota.
Nasze mamy były przyjaciółkami i chyba trochę po nim odziedziczyłyśmy
kreatywności. Mama Wiewiórki jest malarką, a jej córka maluje jeszcze piękniej
od niej. Ale nie o to chodzi…
Nadia i Sara, czyli moja i Wiwi
mama wymyśliły sobie, że zajdą w ciążę w tym samym czasie. No i im jakimś cudem
wyszło. Urodzić miały też w tym samym czasie, ale Sara wypuściła maleństwo na
świat 2 dni przed Nadią.
Wychowywałyśmy się razem,
dorastałyśmy i wszystkim dookoła opowiadałyśmy, że jesteśmy siostrami. W to, że
jesteśmy bliźniaczkami nie bardzo chcieli wierzyć, bo Wiwi była ruda, wysoka,
szczupła i piegata. Ja natomiast niska blondyneczka, z pulchnymi częściami
ciała, no i piegowata. Zawsze lubiłyśmy nasze piegi, szczególnie latem.
Co tydzień u siebie spałyśmy. Co
prawda mieszkałyśmy parę domów od siebie ale i tak połowę wakacji spędzałyśmy u
niej a połowę u mnie.
Nie trudno się domyślić, że w
szkole podstawowej byłyśmy w tej samej klasie, razem siedziałyśmy i lądowałyśmy
u dyrektora.
Urodziny wyprawiałyśmy w połowie
między moimi a jej, więc zazwyczaj 20 lipca. Do gimnazjum zapraszałyśmy
wszystkie dziewczynki z klasy, ale później robiłyśmy sobie babskie wieczory w
najlepszym towarzystwie jakie mogłyśmy sobie wymarzyć, czyli we dwie.
Do liceum złożyłam papiery sama.
Tam poznałam Bubę. Lubię ją. Nawet powiedziałabym że jest świetną kumpelką. Ale
nie ma takiej osoby która mogłaby mi zastąpić Wiwi. To do niej pierwszej
dzwonie, żeby pochwalić się, że zjadłam pierwszy i ostatni raz sushi, że
wygrałam w konkursie hula nad morzem, że na obozie jest nudno bo nie ma żadnych
normalnych chłopaków, tylko sami macho. To jej radzę się kiedy tego potrzebuje,
nie słucham a później żałuję. Ale wydaje mi się, że taką przyjaciółkę,
prawdziwą bratnią duszę (kolejny mądry banał) poznaje się raz w życiu.
Rozejrzałam się po półkach. Same
stare płyty, a z nowinek plastikowe Barbie. Lubiłam starą muzykę, ale czekałam
na Linkin Park, który Wiwi uwielbia.
Za ladą stał jakiś chłopak, ale
był schylony. Chyba nawet nie wiedział, ze podeszłam.
- Przepraszam, nie wie pan
przypadkiem… - Podniósł się a ja oniemiałam. – Czyli jednak się czołgasz. –
roześmiałam się a on spojrzał na mnie dziwnie zielonymi oczami. Zignorował mnie
- Pytałaś o coś?
- Tak, nie wie Pan może czy jest
już najnowszy krążek „Living Things” Linkin Parku?
- Gustujesz w takiej muzyce? –
spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Średnio.
- To po co ci ta płyta?
- Może mi Pan po prostu
powiedzieć czy jest?- zamrugałam rzęsami i wymusiłam uśmiech.
- Nie możesz odpowiedzieć na
pytanie? – nie ruszyłam nawet wargami, stałam i patrzyłam na jego pełne usta -
Niestety jeszcze nie ma. Chyba wiesz, że chociaż jest taniej, przychodzi
wszystko dużo później, nie?
- Dziękuję Panu za łaskawą
odpowiedź..
- No i po co ten sarkazm? Wojtek.
– podał mi rękę.
Poprawiłam kostkę na plecach i
wyszłam ze sklepu. Chyba będę musiała jednak kupić w Empiku, bo przecież nie
mogę codziennie przychodzić i pytać jakiegoś palanta czy już może jest płyta na
której mi tak zależy.
Kobieca intuicja. Wiedziałam ze
jeszcze uprzykrzy mi życie. Tacy już są ci faceci.
Nie chciało mi się jeszcze iść do
domu. Lubię dom, ale ostatnio przytłaczają mnie cztery ściany. Do Wiwi nie
zadzwonię, bo fyrst na pewno nie ma jej w domu, sekynd nie opowiem jej jak
chciałam jej kupić prezent, a kłamać nie chcę.
Poszłam Sienkiewiczem to Alei
JPII. Na końcu Alei jest park. Lubię parki. Usiadłam na trawie i wsłuchałam się
w śpiew ptaków. Podwinęłam bermudki i zrobiłam z nich prawie szorty, zdjęłam
trampki i chusteczkę z głowy. Włosy chociaż nie były długie, bo mniej więcej do
połowy szyi rozwiały się na wietrze, a ja napawałam się każdym promyczkiem
słońca które dotarło do mojej twarzy.
Spojrzałam na niebo, ale nie było
ani jednej chmury. Zazwyczaj patrzę na nie i wyczytuje z nich przyszłość. Wiwi
mnie tego nauczyła, zawsze leżałyśmy w tym samym parku, na tej trawie, pod tym
samym drzewem i patrzyłyśmy na chmury przed nami. Wymyślałyśmy historię, a one
jak na zawołanie układały się tak jak tworzyłyśmy. Każdy do starości ma w sobie
jakiś pierwiastek z dzieciństwa.
Motylek mienił się w słońcu.
Ścisnęłam bransoletkę z całej siły. Zamknęłam oczy.
Zobaczyłam Dreda i od razu
otworzyłam je z powrotem. Było wpół do 6. Zasnęłam i przyśnił mi się Wojtek.
To-było-dziwne! Pierwszy raz śnił mi się chłopak. Nie mogłam w to uwierzyć.
Wróciłam do domu, zjadłam kolację
i poszłam do siebie. Zaliczyłam jeszcze nocne ploty z Wiwi, tym razem przez
telefon. Opowiedziałam jej o Wojtku, ale nie zdradzając imienia ani tego że
pracuje w Frodzie. Dziwne uczucie ukrywać coś przed Wiwi, i chyba jeszcze nigdy
tego nie doświadczyłam.
~*~
Obudziłam się w poniedziałkowy
ranek bardzo wcześnie, pełna wigoru. Miałam ochotę na bieganie, co u mnie nie
jest codziennością. Wojtka nie widziałam od czwartku i nawet o nim trochę
zapomniałam. Przypomniało mi się dopiero kiedy o 7 biegłam koło Froda.
Nie miałam chęci o nim myśleć
więc czym prędzej skręciłam na Mickiewicza. Minęłam blok babci i posunęłam
dalej na Wyszyńskiego gdzie mieszkała Buba.
Wiem, że 7 rano w wakacje to
dziwna pora na wstawanie, a co dopiero odpieranie telefonów, ale zadzwoniłam do
niej. Odebrała z w miarę trzeźwym głosem.
Ciągle oddychałam płytko i szybko.
- Laska! Co robisz?
- Jem śniadanie?? – była trochę
zdziwiona, że słyszy mnie tak wcześnie.
- To chodź biegać. Jestem pod
twoim blokiem.- Zauważyłam ze firanka w oknie jej kuchni lekko się poruszyła
więc pomachałam do niej.
- Popindroliło cię już totalnie?-
zapytała niepewnie.- O 7 rano?
- 7.02 dokładnie więc już nie tak
wcześnie.- roześmiałyśmy się.
- Człowieku. Wbijaj do mnie nie
będziemy gadać przez ściany.
Zaproszenie a’la Buba. Bubiś to najładniejsza dziewczyna u nas w
szkole i wszyscy chłopacy się za nią oglądają. Zazwyczaj nie zadaję się z
takimi dziewczynami. Ba, zazwyczaj trzymam się od nich z daleka, wolę nie
ryzykować przeszczepu mózgu.
Ale Buba jest inna. Jest
normalna. Ma nawet takie samo podejście do facetów jak ja. A do tego
wszystkiego ma długie cienkie dredy, o których ja zawsze marzyłam.
Ubiera się podobnie do mnie,
bojówki, ewentualnie (w jej przypadku) alladynki, raczej oliwkowe, brązowe i
czarne bluzki i zazwyczaj oplata głowę długą chustą, albo arafatką.
Buba przywitała mnie jak zwykle w
tym swoim pin-upowym makijażu i z niedbałym kokiem dredowym. Wyściskała mnie na
dzień dobry jakby nie widziała mnie z pół roku a to przecież dopiero drugi
tydzień wakacji. Weszłam i od razu uderzył mnie zapach pomarańczy. U Buby
zawsze pachnie pomarańczami a wnętrze wydaje się bardzo ciepłe. Większość ścian
jest żółta, zresztą… Cała Bubka jest ciepła i zawsze uśmiechnięta.
- Chcesz zielonej czy czarnej? A
może białej? – krzątała się po kuchni.
- Wiesz co? A może jednak zwykła
mineralna? - Buba otworzyła szeroko oczy. Jest wielkim smakoszem herbaty.
Gdzieś czytałam że to jest herbatoholizm. Naprawdę, nie mogę pojąć tego jak
można wypijać 10 szklanek herbaty dziennie. – Okejka, jak sprawi ci to
przyjemność to zaparz mi zielonej. – uśmiechnęłam się do niej milutko.
- To powiesz mi co się dzieje?
Spojrzałam na nią ciekawie.
- A co się ma dziać?
- No wybacz, znamy się już 10
miesięcy i ani razu przez cały ten czas nie wstałaś z własnej nie przymuszonej
woli tak wcześnie a co dopiero żeby pobiegać. Co się dzieje? – powtórzyła
pytanie.
- Sama nie wiem… Zresztą na ten
temat pogadamy jak będzie coś wiecej do opowiedzenia. Mów lepiej jak tata?
Skrzywiła się.
- Średnio dobrze. Lekarz
twierdzi, że się poprawia, ale papa czuje wręcz przeciwnie. – Bubce łza
zakręciła się w oku. Szybko przejechała wierzchem dłoni po powiece. Przytuliłam
ją. I nic innego nie przychodziło mi do głowy oprócz dennego:
- Wszystko będzie dobrze.
No i te słowa wywołały fontannę
łez. Zupełnie się rozkleiła. Ugotowała się woda, wyłączyłam czajnik i poszłyśmy
do jej pokoju.
Od wejścia uderzył mnie pomarańcz
i soczysta zieleń bijąca ze ścian.
- Cholera jasna! Nawet cię nie
mogę przyjąć jak normalnego gościa- ze zrezygnowaną miną popatrzyła dookoła
siebie. Miała lekki bałagan, ale nie przesadzajmy. Wrzuciłam jej ubrania
niedbale do szafy, żeby tylko było i odgarnęłam kołdrę, żebyśmy mogły usiąść na
łóżku. Odsłoniłam jeszcze żaluzje i wpadło kilka promieni słońca. W
pomieszczeniu od razu zrobiło się jeszcze bardziej przytulnie i ciepło.
Uchyliłam okno i przytuliłam Bubę.
Naprawdę jej współczułam. Jej
tata był po raku a ostatnio wykryli u niego zwłóknienie płuc. Rokowania są
średnie około 3 lata, raczej się tego nie leczy, zwłaszcza po nowotworze.
Powinien zmienić klimat, wyprowadzić się nad morze albo w góry. Albo chociaż
wyjechać na dłużej. Póki co jest w szpitalu w stolicy.
Buba pochlipywała wtulona w moją
bluzę. Naprawdę nie wiedziałam co się mówi w takich momentach. Na usta cisnęły
mi się tylko słowa: „Zobaczysz, wszystko się ułoży, mała”. Ale to przecież i
tak nie pomaga. Siedziałyśmy po prostu i to nam starczyło.
~*~
Od Buby wyszłam koło 15.
Dowiedziałam się, że jej padre ma zapalenie tchawicy i pobiorą mu nie długo
próbki do badania na obecność bakterii, gruźlicy albo nowotworu. Strasznie się
boi, a ja nie wiem jak mam ją wspierać.
Nie cierpię „wielkich słów” o tym
jak to wszystko się ułoży. Nie lubię deklaracji i obiecanek, które gówno mają
wspólnego z prawdą. Denerwują mnie ludzie którzy snują wielkie plany na
przyszłość i załamują się kiedy coś idzie nie tak. Postanawiam od dzisiaj żyć
chwilą i nie myśleć o tym co będę robić za kilka lat. Marzyć można zawsze, ale
nie snuć misternych planów co zrobię kiedy i jak. Boję się wielkich słów.
~*~
- Hej, tu Nunez[1].
Zaraz usłyszysz sygnał, chyba wiesz co masz robić? – usłyszałam przyjazny
śmiech po drugiej stronie.
- Hej, dzwonię już…- chwila
przerwy- już n-ty raz w tym tygodniu, a ty ciągle nie odbierasz, więc
postanowiłam ci się nagrać. Chciałam zapytać o korki z fizyki. Jak będziesz
mógł to oddzwoń.
No cóż pewnie niektórych by to
zdziwiło, że chcę korki z fizyki w wakacje, ale pasowałoby trochę nadgonić
materiał z tamtego roku, a wiadomo, że dobrze by było jeszcze przed wrześniem.
Co prawda 3 z fizyki rozszerzonej, to nie jest tragedia, ale jak się chce
zdawać na maturze (która jest na dodatek w tym roku!!! :O), to jednak troszkę za mało.
Ughgrrrrr! Zapomniałam się
przedstawić.
Pierwszy sygnał, drugi sygnał,
trzeci sygnał
- Halo? – znowu ten radiowy głos.
- Hej, odsłuchałeś już pocztę?
- Nie…? A z kim mam przyjemność?
- No właśnie ja w tej sprawie,
nagrałam ci się i zapomniałam się przedstawić…
- Czekaj, czekaj. Mania?
- Tak. – przeciągnęłam środkową
literę.
- Nawet wśród milionów głosów
rozpoznałbym ten twój śmieszny akcencik. – roześmiałam się.
- Bardzo zabawne!
- Co tam słychać?
- Jakoś powoli leci. Słuchaj, jak
nie odsłuchałeś poczty, to ja ci powiem teraz. Chodzi o korki z fizyki. Dałbyś
radę?
Chwila ciszy.
- Ale… Ale, że teraz?
- No do września jakoś.
- No pewka! Tylko na razie mnie
nie ma w kraju, śmigam na desce i podrywam nowojorskie piękności. – mogę się
założyć że w tym momencie mrugnął okiem.
- Tata cię zaprosił na wakacje? –
zapytałam szczerze nie dowierzając.
- Coś w tym stylu… Opowiem ci
jeszcze jak się spotkamy, bo wybuli ci za telefon jak za zboże – zaśmialiśmy
się oboje. – jak już będę w Polsce, dam ci znać, okej?
- Jasne. Trzymaj się.
- Ty też, młoda. – bip, bip, bip,
bip.
Nunez zajmuje dziwne miejsce w
moim świecie. Kiedyś chyba ze sobą trochę kręciliśmy, ale on poznał piękną
Łucję, później Karolinę, a ostatnio chyba był z Klaudią. Jest dziwny. Albo
raczej nasze relacje są dziwne. Łączy nas tylko zwykła uprzejmość, chociaż cały
czas pod czaszką pulsuje mi myśl, że gdybym się wtedy z nim przespała, albo
byłby ze mną cały czas, albo zostawiłby mnie na lodzie, usunął mój numer i
udawałby, że w życiu nie słyszał o żadnej Mańce. Czyli chyba jestem w
odpowiednim miejscu naszej znajomości.
Co według mnie jeszcze jest
dziwne? To, że wydaje mi się, że udajemy, że się lubimy. Jesteśmy dla siebie
mili, zawsze możemy ze sobą pogadać i są to nawet fajne rozmowy, ale cały czas
mam wrażenie jakby między nami była jakaś… nie wiem jak to nazwać, ale coś jak
szklana szyba.
Właściwie, to nurtowało mnie to
bardzo i przecież po jednym nieodebranym połączeniu mogłabym szukać innego
nauczyciela, ale coś kazało mi dzwonić właśnie do niego. Może wreszcie uda mi
się zburzyć szklaną szybę?
~*~
[1] Nunez - czyt. „Nunias”
Przeczytałam i jestem ciekawa dalszego ciągu! Czekam na następneeeeee! :D
OdpowiedzUsuń