Rozdział III,
Powrót do przeszłości, czyli wspomnienia ożywają.
O 3 nocy obudził mnie sms. Nie sprawdzałam nawet czy to 10 mescedes klasy e, czy 7 milion, za jeden darmowy sms w tym tygodniu.
~*~
Wstałam w południe. Leniwie zwlekłam się z łóżka, wciągnęłam szarą, nie rozpinaną bluzę i poszłam do łazienki. Nie będę komentować togo jak wyglądałam. Zmyłam resztki mascary, która utworzyła śmieszne cienie pod oczami, rozczesałam włosy. Na niewiele to się zdało. Chyba miałam lekkiego kaca, po after party. Zwykle nie piję, do zabicia, ale wczoraj z racji tego, że Buba nalegała i pojawiło się jeszcze kilka znajomych ze szkoły, nie mogłam odmówić. W sumie, z tego co pamiętam, to nawet dobrze się bawiłam.
Zrobiłam sobie muesli z mlekiem i ułożyłam się z miseczką na łóżku. Starą wysłużoną wieżę miałam zaraz przy łóżku, wsunęłam krążek Aerosmith do odtwarzacza. Wypłynęły pierwsze akordy Perrego a ja już wybywałam do krainy dudniącej od perkusji Kramera i głosy Stevena, wchodząc po nutach niczym po schodach bardzo wysoko, skąd nic nie było w stanie mnie wyrwać.
Przy samym refrenie rozdzwonił się mój telefon, pomyślałam, że zabiję tego kto dzwoni.
- Mańka?
- Nunez? – może poczekam z tym mordem.
- Będę koło 16 na dworcu. Przyjedziesz? – i ta nadzieja w jego głosie.
- Jasne, że tak. Rozpoznasz mnie po rozwianych włosach i szerokim uśmiechu.
Dawno nie słyszałam już jego śmiechu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak za tym tęskniłam. Umówiliśmy się na szarlotkę – nasz stały przysmak.
Odłożyłam telefon i przypomniałam sobie, że w nocy mnie coś obudziło. Sms był od nieznanego numeru a brzmiał: „Zgodnie z umową dzisiaj porywam cię w tajemnicze miejsce na trzy godzinki, buziaki – Wojtek.” Buziaki?! Odpisałam, że dzisiaj nie mogę, bo mam już zajęty wieczór. Nie planowałam długo siedzieć z Johnym, ale tak dla pewności wolałabym nie ryzykować, że „będę” na dwóch spotkaniach jednocześnie.
Po chwili przyszła odpowiedź: „OK, więc jutro jestem u ciebie pod drzwiami, punkt 19. :*”. Tak w ogóle skąd on ma mój numer, w ogóle zna moje imię i najbardziej – skąd wie, gdzie mieszkam?! To już jakaś obsesja. Ten chłopak coraz bardziej mnie intrygował. Nieźle mu wygarnę jak już będzie po mnie pod drzwiami, punkt 19. Ale do tego jeszcze dużo czasu, teraz muszę się skupić na Johnym.
http://www.youtube.com/watch?v=hbN8Zrzlirc&feature=results_main&playnext=1&list=PL7C5D4FE55713A471
Byłam ciekawa, czy od ostatniego spotkania Nunez się zmienił. Zapamiętałam go jako pewnego siebie, szczerego (czasami do bólu), wygadanego szesnastolatka. Raczej nie sprawiała problemów wychowawczych, albo raczej robił to tak, żeby dorośli tego nie zauważali.
To, że zmieniał dziewczyny jak rękawiczki nie znaczy, że był zabójczo przystojny. Miał krzywy nos, pryszcze i dziwną fryzurę, ale umiał rozmawiać z dziewczynami. Wiedział co powiedzieć, kiedy, jak rozbawić, a to dla takich dziewczyn jak ja jest ważniejsze niż jakiś tam wygląd, sama nie prezentowałam się najlepiej, a on jednak… łotewa. Był chłopakiem idealnym, słuchał kiedy trzeba było, milczał i nie przerywał, nie pocieszał słowami, po prostu przytulał, śmiał się z żartów dziewczyn, nawet jeśli nie były zabawne, był opiekuńczy… Mogłabym tak wymieniać godzinami. Był niemalże idealny.
Podkreślam, niemalże idealny, bo moim chłopakiem jednak nie był, chociaż dla osób z zewnątrz, często tak to wyglądało. Nie, byliśmy tylko przyjaciółmi, co oznacza, że miał wady. Ewentualnie jedną, dużo, ogromną, ogromniastą – kochał WSZYSTKIE dziewczyny. On miał 15 lat i nawet nie wiem od jak dawna nie był prawiczkiem. To było chore! Jako jego przyjaciółka próbowałam mu wytłumaczyć, że tak nie powinno być, ale to jak tłumaczyć psu, że powinien miauczeć zamiast szczekać… - niemożliwość.
Dziewczyny lgnęły do niego, co według mnie było upokarzające, ale dla nich, to, że mogły przejść z nim za rękę korytarzem szkolnym jednego dnia, żeby być zastąpioną kolejnego przez następną idiotkę, było fantastycznym przeżyciem. Nigdy nie zrozumiem takich dziewczyn…
Nie zastanawiałam się, czy zmienił się fizycznie, nie interesowało mnie to. Zastanawiałam się, czy nadal jest takim kobieciarzem… Minęły 3 lata, odkąd się pożegnaliśmy pod murami gima i już więcej się nie widzieliśmy. Teraz Nunez jest dorosły. Ma to swoje 19 lat i powinien być poważniejszy. Mnie liceum troszkę zmieniło, wydoroślałam, inaczej patrzę na niektóre sprawy, bardziej trzeźwo, jestem bardziej tolerancyjna i oczekuję więcej tolerancji od innych. Tym bardziej Johny, który skończył już ostatnią klasę i idzie na studia, powinien się bardziej ustatkować.
Nunez, to dziwne nazwisko jak na polaka, to fakt. Ale Johny jest pół Polakiem, a pół Amerykaninem. Jego mama wyjechała do USA i tam poznała ojca Johnnego – Chrisa Nuneza. W światowej stolicy hazardu wzięli ślub, a po 7 miesiącach Nina urodziła ślicznego synka. Chrisa rola ojca przytłoczyła tak bardzo, że 11 miesięcy po ślubie do sądu wpłynął wniosek o unieważnienie małżeństwa. W Vegas śluby bierze się w pół godziny ale z rozwodami nie ma tak łatwo. Państwo Nunez formalnie byli małżeństwem przez 17 miesięcy. Nie formalnie Johnny był w Polsce już kilka miesięcy wcześniej u babci, kiedy rodzice byli w separacji. Sąd powierzył opiekę matce, która razem z synkiem zamieszkała na mojej ulicy, Jaśminowej 14, dokładnie w samym środku pomiędzy mną a Wiwi. John zmienił imię na Janek, ale nazwisko pozostało po kochanym tatusiu. Nunez wychowywał się z nami, z czego początkowo się nie cieszyłam, bo już za młodu wygłaszałam feministyczne mowy. W późniejszym czasie Janek okazał się jednak 'spoko gościem', bo nie wywyższał się nad nas kobiety i starał się nas szanować (gdzieś do 15 roku życia). Co prawda na początku, zanim go właściwie bliżej poznałam, byłam na niego ostro cięta i nie chciałam się z nim dzielić moją najukochańszą siostrą, ale poszłam z nią na kompromis (o dziwo jej strasznie przypadł do gustu, zresztą pierwsze słowo Wiewióry brzmiało „chopcyk”…). Nunez nigdy przy mnie nie płakał, nawet kiedy powiedziałam mu, że go nie lubię bo ma coś między nogami i jak chce się z nami bawić, to powinien sobie to coś obciąć, bo będzie mu przeszkadzało w zabawach. To było po tym jak razem się kąpaliśmy w basenie na podwórku Wiwi, nikt sobie wtedy nie zawracał głowy czymś takim jak strój kąpielowy. Miałam wtedy z 4 lata, więc kiedy 5-letni chłopczyk słyszy coś takiego… na twarzy miał wypisane wyraźne przerażenie. No cóż, czasami byłam w stosunku do niego brutalna, ale przynajmniej nie był ciepłą kluchą, jak większość chłopaków którzy mają tylko starsze siostry. No więc, nigdy przy mnie nie płakał, ale często mama krzyczała na mnie w domu, że sprawiam mu przykrość i że jego mama mówiła jej, że boi się nas zostawiać razem, bo za każdym razem Janek przychodzi z łezkami cieknącymi po policzkach. Wiem, byłam strasznym bachorem, ale tylko w stosunku do kolegów, bo z kumpelami raczej trzymałam sztamę. Nigdy go nie uderzyłam tak na serio, w ogóle jak byłam mała to bałam się go uderzyć, bo przecież był starszy.
W wieku 9 lat byłam od niego wyższa i chyba silniejsza, ale już wtedy bardzo się lubiliśmy. Razem tworzyliśmy Wielką Trójcę (oczywiście pomysł na nazwę był Wiwi, ona zawsze sprawowała pieczę nad takimi rzeczami) . Byliśmy niezniszczalni, mogli nam podskoczyć! Naprawdę był nam razem dobrze. Miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy… A jednak, w wieku 11 lat przekonałam się jak bardzo się myliłam. Przeżyłam pierwsze załamanie nerwowe. Nunez się wyprowadzał. Miałam go już więcej nie zobaczyć. Drugi koniec miasta, szczególnie naszego, to nie jakaś tragedia, ale dla jedenastolatki?! Tym bardziej, że tworzyliśmy naprawdę zgraną trójcę. Janek czasami działał mi na nerwy, ale w większości czasu był bardzo znośny. Szczególnie wtedy u dziadka w sadzie, kiedy śpiewaliśmy razem wersy Happysadu albo Kultu. Jedną z naszych ulubionych piosenek był „Baranek”, te dzikie okrzyki na początku wykonywaliśmy na zmianę, refren ja i Wiwi a zwrotki Janek. Albo wtedy jak uczyliśmy się grać u niego na elektryku i niemal zawsze zrywałyśmy mu struny, nie wkurzał się na nas bardzo, wręcz przeciwnie, reagował bardzo spokojnie, po pewnym czasie już się do tego przyzwyczaił.
Moja mama nie wiedziała co się ze mną stało, bo z dnia na dzień przestałam jeść, prawie nie wychodziłam z pokoju i nie chciałam z nikim gadać. Mama Johnnego zgodziła się, żeby chodził z nami jeszcze do gimnazjum, ale i tak widzieliśmy się tylko w szkole. Czasami zostawał u mnie albo Wiwi i wracał późniejszym autobusem, ale jego mama twierdziła, że po pierwsze sprowadzamy go na złą drogę (jasne…), a po drugie, nie ma czasu na odrabianie lekcji. Janek się buntował i czasami spał u mnie albo Wiwi, z czasem nawet wagarował, żeby posiedzieć z nami cały dzień w kawiarni „u Gildy”, albo na plaży. Mama Nuneza, którą w gruncie rzeczy lubiłam nie pozwoliła mu iść do liceum, przy naszym starym gimnazjum, więc pożegnaliśmy się zaraz po tym jak Wiwi i ja skończyłyśmy 2 klasę, a Johny 3. Może i utrzymywalibyśmy kontakt dłużej, gdyby nie głupi wybryk Nuneza. Na początku odebrałam to jako żart, ale on chyba wtedy mówił poważnie…
Siedzieliśmy sobie na murku przed budą w dniu zakończenia, Wiwi z nami nie było, bo była nad morzem (jej mama uparła się, żeby jechać na wakacje przed końcem roku, kiedy ceny są niższe), machaliśmy beztrosko nogami gadając o tym, że przed nami całe dwa miesiące beztroski, znowu można jechać do mojego dziadka na wieś, obalać jabole w sadzie i spać pod namiotami. Wtedy ni stąd ni zowąd Johny wypalił, że chciałby spróbować jak to jest z przyjaciółką. Nie wiedziałam o co konkretnie mu chodzi, ale on przysunął się do mnie, zaczął mnie gładzić po kolanie i próbował pocałować mnie w usta. Zaczęłam się śmiać, ale kiedy jemu wargi nawet nie drgnęły, tylko wpatrywał się we mnie wkurzony zrozumiałam, że on naprawdę chciał TO ze mną zrobić! Jako grzeczna dziewczynka powiedziałam mu kilka słów, w tym dobitnie „spierdalaj”, tym razem na poważnie, więcej z nim nie rozmawiałam bez wyraźnej potrzeby.
Nie chcieliśmy nic mówić Wiwi. My byłyśmy tylko w 2 gimnazjum, właściwie już z niej wyszłyśmy, ale jednak miałyśmy po 14 lat. Nie chciałam tracić dziewictwa w wieku 14 lat! Na dodatek z przyjacielem. Musieliśmy jednak później ze sobą rozmawiać i udawać, że nic się nie stało, chociaż przy Wiewiórce. Z czasem nawet nasze relacje się poprawiły, ale brakowało mi chyba takiej szczerej rozmowy o tamtym wydarzeniu bo była między nami taka jakby szklana szyba. Naprawdę krępowaliśmy się w swoim towarzystwie, wcześniej przenocowywałam Janka, spałam z nim razem, budziliśmy się przytuleni, jak to przyjaciele… a teraz przeszywał mnie dreszcz nawet kiedy przez przypadek musnął mi ramię. Przecież ja mu nawet powiedziałam kiedy dostałam okres, traktowałam go w kategorii ‘kumpel’, ale nigdy ‘facet’ – od TEGO dnia zaczęłam na niego patrzeć w tej drugiej. Wstydziłam się przed moim kumplem z którym znałam się 14 lat! Faceci to frajerzy, zawsze wszystko chrzanią.
Zmazałam gumką prawie połowę obrazka, tym samym pozostał tylko jeden peron, drugi nie bardzo mi wyszedł. Obróciłam się i zauważyłam, że za mną stoi już niezła grupka zainteresowanych. Zestresowałam się, bo dawno już nie robiłam tego publicznie. Właściwie ostatni raz malowałam tak w tamte wakacje. Na promenadzie rozkładałam małe krzesełko, na którym potrafiłam siedzieć po kilka godzin dziennie. Do szczęścia potrzebny był mi tylko węgielek i blok A3. Czasem z tłumu wychodziły małe dziewczynki, czasem chłopcy i pytali czy tworzę portrety. Nie, nie byłam portrecistką. Nie umiałam malować ludzi. No na pewno nie wtedy jak wiedziałam, że musi mi wyjść, żeby klient go kupił. Przez te kilka godzin byłam w letargu, a na papier przelewałam po prostu to o czym myślałam w danym dniu. Nigdy nie wykonałam dwóch takich samych rysunków. Po prostu nie potrafiłam się kupować. Ludzie z żalem odchodzili ode mnie, kiedy tłumaczyłam im, że ten sprzedany przed chwilą był jedynym egzemplarzem. Nie wydaje mi się, żebym malowała najładniej na całej promenadzie, ale to koło mnie był zawsze największy tłum. Sama nie umiem tego wyjaśnić, ale może chodzi po prostu o to, że to właśnie nie były portrety, że każdy był inny, oryginalny, niepowtarzalny, że były szczere, trochę idealistyczne, bo nie rysowałam wszystkiego z dokładnymi szczegółami, często upiększałam rzeczywistość. Wiem, że nie powinnam idealizować, że lepiej żeby nienawidzili takim jaki jest, niż lubili za to jakim nie jest, przytaczając myśl Cobaina, ale taka już jestem – w mojej wyobraźni, w moich marzeniach wszystko było piękne, idealne…
Znowu się zamyśliłam i zamiast drugiego peronu, domalowałam łąkę, na której było dużo kwiatków. Nie malowałam węglem, dzisiaj wzięłam swój stary wysłużony ołówek, którego jak zawsze zapomniałam zatemperować. Tą łąką szedł chłopak, na plecach miał przewieszoną gitarę, szedł lekko zarośniętą ścieżką w dal, mrok, w kierunku lasu, w oddali.
- Pociąg z Poznania wjeżdża na peron 5. – usłyszałam komunikat i „klakson” lokomotywy.
Poderwałam się z murku, chwyciłam kostkę, do której w pośpiechu chowałam blok. Johny już biegł w moją stronę.
- Mańka! – poderwał mnie z ziemi i tuląc mnie, kręcił się wokół własnej osi.
- Ej Długowłosy, kim ty jesteś i dlaczego masz głos jak Nunez?! – śmiałam się w głos. Ostatnim razem miał włosy do ramion, a teraz ma do połowy pleców, to był dla mnie szok. Jak można tak zapuścić włosy przez 2 lata?!
Postawił mnie na ziemi i wpatrywał się we mnie.
- Nic się nie zmieniłaś, wyglądasz dokładnie tak jak sobie ciebie wyoraża… znaczy się jak cię zapamiętałem – zmieszał się i przeczesał ręką włosy.
- Nunez, proszę cię, wydoroślałam, nie widać?
- No pewnie, urosłaś tu i tam – wywróciłam oczami
- A ty jesteś teraz dużo wyższy ode mnie, to nie fair!
- Life is life. – uśmiechnął się promiennie
- Trochę sobie w Amełyce(próba amerykańskiego akcentu) pobył i już angielskim szpanuje. Pfff. Do ‘Gildy’?
- Jasne, uwielbiam jej szarlotkę.
Zawsze szliśmy do ‘Gildy’. Była niedaleko naszego osiedla… mojego osiedla. Wskoczyliśmy do tramwaju nadal ciesząc się jak idioci. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, ale byliśmy do tego przyzwyczajeni. Przez kilka chwil było tak jak za dobrych dawnych czasów. Uwielbiałam to uczucie, nawet nie wiem jak je nazwać, chyba po prostu beztroska. Byłam beztroska i szczęśliwa. Chyba to to.
- Okej, od teraz opowiadaj co cię zawołało do tego ‘NjuJorku’ – szczerze mnie to ciekawiło.
- A może zaczekajmy, aż dostaniemy tą szarlotkę i cappuccino? – puścił do mnie oko. Wzięłam od niego torbę.
- Nie! – klepnęłam go w ramię. Zachowywałam się jak dziecko, Nunezowi to nie przeszkadzało, bawiło go wręcz. Zawsze tak było.
- Ałłł. Bolało – kąciki mu drgały, powstrzymywał uśmiech i patrzył miną zbitego szczeniaczka. – Ok, więc kiedy skończyłem 3 klasę liceum, postanowiłem zrobić coś ze swoim życiem. Chciałem znaleźć ojca – patrzył na moją reakcję, chciał zrobić na mnie wrażenie.
- I? Tak w ciemno sobie poleciałeś do Ameryki i go znalazłeś?
- Tak. – uśmiechnął się z triumfem – byłam pod ogromnym wrażeniem, ale…
- A wiza?
- No właśnie z wizą był największy problem, ale wtedy przypomniałem sobie o ciotce która tam gdzieś pracuje i tam coś ma do powiedzenia. Pogadaliśmy o ciotkach, babciach, prababkach, dziadkach, wujach, kuzynach… - wymieniał obojętnym tonem – no i ładnie się do niej uśmiechnąłem – puścił do mnie swoje słynne ‘perskie oko’.
- Dla ciebie wszystko jest takie łatwe i bezproblemowe… - powiedziałam z podziwem – No i co jak już miałeś tą wizę?
- Poleciałem, znalazłem i wróciłem, żeby gadać z tobą.
- STOP! – położyłam mu dłoń na klatce – Jak to znalazłeś, do cholery?! On przecież mieszka co tydzień w innym mieście, podobno.
Trzymaliśmy jednej rury stojąc w metrze, Johny okręcił się i znalazł się po drugiej stronie, bliżej mojego ucha.
- No często się uśmiechałem, a jak się uśmiechasz to wszystko jest łatwiejsze, nie?
- Nunez, ja się serio pytam.
- Mam swoje sposoby – mruknął mi przeciągle do ucha, a mnie przeszedł dreszcz, który wstrząsnął całym moim ciałem. Dawno nie był tak blisko.
- Nic się nie zmieniłeś, czubku! – śmialiśmy się już razem.
- Shit! Damn it! Kanary, Mania – szepnął zdenerwowany. Jak zawsze nie kupiliśmy biletów.
Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.
- To co zawsze?
W odpowiedzi tylko szeroko się uśmiechnął.
Tramwaj powoli zatrzymywał się na przystanku a pan z teczuszką szykował się do wejścia. Czułam charakterystyczne mrowienie w żołądku. Poprawiłam szarą czapkę, która zsunęła mi się lekko na oczy, pociągnęłam koszulę i katanę w dół, mocniej przytrzymałam torbę Janka w ręce. Uśmiechnęłam się i puściłam do niego oko.
- Trzy, dwa… zero
Zgrabnie minęliśmy się z panem w wejściu, które zatrzasnęły się zaraz za nami.
Zauważyłam tylko bordową twarz, szeroko otwarte oczy i buzię, z której chyba wydobywały się jakieś krzyki, ale zagłuszyły je drzwi i nasze śmiechy.
Nie czekaliśmy, aż kierowca zareaguje i otworzy drzwi, żeby kanar mógł nas gonić. Pędziliśmy przed siebie, nie oglądając się więcej w tył.
Nunez po kilku minutach złapał mnie za rękę i stanął pochylony do przodu ciężko dysząc.
- Ja… już… nie… nie mogę. Nie te lata – łapczywie łapał powietrze. Ja zresztą też, chociaż razem śmialiśmy się w głos.
- Myślisz, że kiedy oni wreszcie zmądrzeją i uda im się zareagować w porę?
- Coś ty! – położył mi rękę na talii, a ja swoją zarzuciłam na jego ramię. Jak za starych, dobrych czasów.
- Johnny, tęskniłam za tym…
- Ja też – w tym momencie zrobił coś, czego nie lubię: cmoknął mnie w polik.
- Johnny, no czyś ty zwariował?!
- Nic się nie zmieniłaś, a ja się głupi obawiałem. Kierunek ‘Gilda’!
Znowu wzięłam od niego torbę, a on ciągnął za sobą walizkę.
~*~
Trochę nudnawo wyszło, ale na nic więcej mnie w tym nie było stać. jeśli jakimś cudem nie uśniecie gdzieś w środku i to przeczytacie, to obiecuję, że kolejny będzie ciekawszy, bo... już jest napisany i jestem pewna, że wydarzy się więcej i... no to zapraszam do czytania i czekania na kolejny - nie długo. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz