To zostawiam was teraz z rozdziałem namber 6.
mANIA.
P.S. przy następnym będą pozdrowienia, więc zachęcam do komentowania ;DD
Rozdział VI.
„Ucieczka, Wszechmocny Głos, kac który nie daje podnieść powieki a co dopiero donieść gdziekolwiek jakiejkolwiek dupy i Warszawska Masakra Zatemperowanymi Ołówkami, Suchymi Bułkami i Piłowanymi Łyżeczkami”
Krzysztof Ignaczak: Nie ma tego, co
Zbyszek chce. Bo tu są tylko za 20 tys., a on chciał taki za 50.
Zbigniew Bartman: Ty to kręcisz głąbie?! Przestań, ty, no nie rób siary, tego nie można puścić...
Zbigniew Bartman: Ty to kręcisz głąbie?! Przestań, ty, no nie rób siary, tego nie można puścić...
{Mania}
Piętnasty
raz słyszę swój dzwonek telefonu, czy tej Izce się nudzi? Po tym jak ostatnio
zareagowałam oddała mi klucze, bo jak twierdzi to co zrobiła wynikło
przypadkowo, w ogóle niezaplanowanie i nie chce więcej takich sytuacji
powtarzać. Po piętnastym razie odsłuchania koncertu c-Dur Haydna zdecydowałam
wyłączyć to szajstwo i rzuciłam nim o blat stolika. Abonent chwilowo czy tam czasowo najebany. Chyba coś takiego nagram
sobie na sekretarkę.
Wypiłam już
pięć kubków melisy (na uspokojenie, ta, jasne, pfffyyy), półtorej butelki wina,
wypaliłam dwie paczki fajek i zjadłam dwa opakowania lodów kokosowych z polewą
arbuzową.
Co ja
wyprawiam? Przecież normalnie nie palę, nie zapijam smutków i staram się
prowadzić zdrowy tryb życia! Jestem tancerką, do cholery.
Bartek
zdecydowania źle na mnie działa. Jestem na niego wściekła tak właściwie.
Zadzwoniłabym do niego z pretensjami, ale jeszcze by sobie palant jeden
pomyślał, że mi zależy czy coś, a to przecież herezje jakieś i totalne bzdury,
do Echa Pcimia się nadające jako sensacja dnia, co najwyżej.
Mańka,
matko, ogarnij się! Jutro idziesz do
pracy idiotko, zasrana, leniwa… Powinnaś układ przećwiczyć, żeby go nie
zapomnieć
Podniosłam się z fotela, żeby od
razu klepnąć na niego z powrotem. Nie, nie dam raaaa… ziewnęłam przeciągle.
Okryłam się szczelnie kocem i
odpłynęłam do krainy Morfeusza.
{Bartek}
Wyjadę sobie. Na kilka dni. Pomieszkam u Jarskiego w Nysie, na pewno przyjmie mnie z otwartymi ramionami… Zahaczę o rodziców, żeby im nie było smutno. Tak, to genialny pomysł. Pójdziemy do jakiegoś klubu, poznamy dziewczyny na jedną noc i będzie już dobrze, zapomnę o niej, ona o mnie i będziemy żyli długo, szczęśliwie, niekoniecznie razem…
Jeszcze trzy pary adidasów, trampki... Dwie pierwsze pary do meczy reprezentacyjnych, trzecie na treningi.
Tak, Bartek, myśl o reprezentacji, Lidze światowej… To jest teraz ważne, o Igrzyskach. Myśl o Nysie, bo przecież to jest twój cel na najbliższe dni. A nie jakaś tam ona.
A może by tak wjechać do niej i się pożegnać przed Ligą? W sumie tak uciekać jest trochę nie halo… Bartek, odzywa się tajemniczy głos w mojej głowie, ona pierwsza uciekła i ma cię gdzieś! Nie chce z tobą być, nie widzisz tego? Ona będzie szczęśliwa jeśli wyjedziesz bez pożegnania, ciołku!
Zaniosłem bagaże do samochodu, a kiedy wracałem po kanapki z mozarellą (pozdrawiam Pitera, mozarellę pod Tesco, ciepłe bułeczki i czerwone oliwki) rozdzwonił się mój telefon.
- Halo? Ambasada cygana, przedstawiciel rodu. Jarski, przecież wiesz, że zaraz wyjeżdżam, debilu, no!
- Jarski? – odezwał się damski głos (?) . Moja mina miała raczej nie zidentyfikowany wyraz twarzy. To on ma dziewczynę?
- No a nie Jarski?
- Nie? – skądś kojarzyłem ten głos… - Izka.
- Iza? Ty… ja… chyba nie chcesz mi powiedzieć, że w ciąży jesteś i wysłałaś już do sądu wniosek o alimenty?
- CO?! – wydarła się do telefonu. – Ja nie wiem co ta Mańka w tobie widzi, przecież ty jesteś skończonym idiotą!
I wtedy doznałem olśnienia.
- A! Ta Iza! To nie strasz mi tu porządnych ludzi, czego ty w ogóle chcesz?
Wyjadę sobie. Na kilka dni. Pomieszkam u Jarskiego w Nysie, na pewno przyjmie mnie z otwartymi ramionami… Zahaczę o rodziców, żeby im nie było smutno. Tak, to genialny pomysł. Pójdziemy do jakiegoś klubu, poznamy dziewczyny na jedną noc i będzie już dobrze, zapomnę o niej, ona o mnie i będziemy żyli długo, szczęśliwie, niekoniecznie razem…
Jeszcze trzy pary adidasów, trampki... Dwie pierwsze pary do meczy reprezentacyjnych, trzecie na treningi.
Tak, Bartek, myśl o reprezentacji, Lidze światowej… To jest teraz ważne, o Igrzyskach. Myśl o Nysie, bo przecież to jest twój cel na najbliższe dni. A nie jakaś tam ona.
A może by tak wjechać do niej i się pożegnać przed Ligą? W sumie tak uciekać jest trochę nie halo… Bartek, odzywa się tajemniczy głos w mojej głowie, ona pierwsza uciekła i ma cię gdzieś! Nie chce z tobą być, nie widzisz tego? Ona będzie szczęśliwa jeśli wyjedziesz bez pożegnania, ciołku!
Zaniosłem bagaże do samochodu, a kiedy wracałem po kanapki z mozarellą (pozdrawiam Pitera, mozarellę pod Tesco, ciepłe bułeczki i czerwone oliwki) rozdzwonił się mój telefon.
- Halo? Ambasada cygana, przedstawiciel rodu. Jarski, przecież wiesz, że zaraz wyjeżdżam, debilu, no!
- Jarski? – odezwał się damski głos (?) . Moja mina miała raczej nie zidentyfikowany wyraz twarzy. To on ma dziewczynę?
- No a nie Jarski?
- Nie? – skądś kojarzyłem ten głos… - Izka.
- Iza? Ty… ja… chyba nie chcesz mi powiedzieć, że w ciąży jesteś i wysłałaś już do sądu wniosek o alimenty?
- CO?! – wydarła się do telefonu. – Ja nie wiem co ta Mańka w tobie widzi, przecież ty jesteś skończonym idiotą!
I wtedy doznałem olśnienia.
- A! Ta Iza! To nie strasz mi tu porządnych ludzi, czego ty w ogóle chcesz?
- Cóż za miłe
powitanie…
- Bo mi się
spieszy, sorry. Hej Iluś, co tam ciekawego powiesz? – wysiliłem się na łagodny
ton.- Lepiej?!
- O wiele. No
więc dzwonię, żeby ci powiedzieć, Bartusiu, że jeśli zrobisz jakąkolwiek
krzywdę mojej Mani, siostrze mojej przyszywanej, którą kocham nad życie,
bardziej nawet od Miśka, i ja się o tym dowiem, to na kolejnym moim obrazie
będziesz ty, namalowany własną krwią, ażeby było bardziej realistycznie, do
płótna spinaczami poprzyczepiam twoje narządy, które wcześniej żywcem wyrwę je
z ciebie, tą oto delikatną dłonią, która potem zakreśli twoje oblicze na tym
samym płótnie. Łapiesz? – powiedziała to wszystko na jednym wydechu, a ja
załapałem tylko : Mańka, krzywda, siostra, ja, krew, płótno, narządy, dłoń,
łapiesz?. I szczerze to nawet mnie to nie ruszyło, Izki głowa znajduje się
gdzieś na wysokości mojego… no dobra, ja mam 2m7cm, a ona 1m50cm, if you know what i mean.
- Spokojnie
mała. Tym to się chyba nie bardzo musisz przejmować…
- Niby czemu?
Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś stuprocentowym mężczyzną, który łamie
kobiece serca?
- Nie o to
chodzi, a stu procentowym mężczyzną jestem niezaprzeczalnie i nie chodzi mi tu
o łamanie kobiecych serc, tylko… no sama wiesz o co. Mańka dała mi już jasno do
zrozumienia, że ma mnie głęboko między pośladkami i mogę ją tam co najwyżej
pocałować… chociaż nie, na to też mi nie pozwoliła.
- Jak to?
- Tak to, ONA
nie chce ze mną być i ja to szanuje. Łapiesz? – przedrzeźniłem ją.
- Aeeyy. To w
takim razie cześć! – rozłączyła się.
Dziwne są te
stworzenia. I Iza i Mańka. Chwila, chwila, czy ona kilka chwil temu powiedziała
mi coś o Miśku? Że kocha Majkę bardziej niż jego? Ona w ogóle kocha Winiara?
Oni się znają? Mój mózg nie może tego strawić, serio! I on mi cham nic nie powiedział? Już ja mu wygarnę
jak tylko go spotkam w Spale! Ja mu wygarnę. Frajer jeden. Ale jak ona go
poznała go jasnej cholery, Mania go chyba nawet nie zna osobiście, bo ich ze
sobą nie poznawałem… Coś mi tu śmierdzi. Czyżby Winiarski wydzielał tak
intensywny i mocny odór, który potrafi wedrzeć się nawet do umysłu człowieka
oddalonego o setki kilometrów? Zawsze wiedziałem, że z jego butami było coś nie
tak… Och, Misiek, Misiek. Bój się, niedługo nadchodzę!
Tymczasem
zdążyłem zajechać na wjazd do moich rodziców. Mam wrażenie jakbym się
teleportował i wierzyć mi się nie chce, że pół drogi myślałem o Miśku i tej
Izie, a pół standardowo o Mańce, no bo jest dziwna. Najpierw mnie całuje i
ewidentnie czeka na coś więcej a później wpada do mnie jak tornado, rzuca mnie,
w między czasie trafiając w twarz i bezczelnie wybiega bez żadnego większego
powodu. Bo niby powiedziałem „że po co zaczynać”? Pfffyy… To nie był powód. A
co z moim megasuperultrawyjebiaszczym planem fykszyn gyrl? I znowu jestem
singlem, a gazety nawet nie zdążyły zarejestrować, że bezmózgie na zabój
zakochane fanki mogą sobie odpuścić i dać mi spokój, bo W KOŃCU mam dziewczynę!
Ale przecież się zobowiązała, obiecałaaaa!
Zachciało mi
się ryczeć, wyć jak małe dziecko. Uspokój
się Bartek! O nie! Zły głosie w mojej głowie, opuść mnie! Ona nie jest ciebie warta, ogarnij się,
znajdź sobie laskę mniej idealną niż ona, daj jej żyć i szukać człowieka z
którym będzie naprawdę szczęśliwa, a nie jakiegoś wypłosza, który będzie ją
trzymał na uwięzi, zostawiał ją samą, usychającą z tęsknoty, a sam będzie sobie
latał (o nie!) do obcych krajów. Nie
jestem wypłoszem, o Wszechmocny Głosie! Ale co do reszty, masz rację. Dam jej
święty spokój, tak postąpiłby Scooby Doo, mój idol, a on przecież wie co dla
kobiet jest dobre, no nie? O tak.
Dzięki.
Wysiadłem z
auta. Mamy nie było na progu, gdzie zwykła mnie witać. Pewnie pichci teraz
pyszny obiadek, którym mnie nakarmi kiedy tylko usłyszy skrzypnięcie furtki.
Tatek zapewne siedzi jeszcze w pracy, bo jest właściwie… no jakoś po południu,
ale nie tak bardzo, żeby już zdążył wrócić, a młody (czyt. Kubuś) nołlajfuje
przy LOL’u albo napiernicza w FIFE, u
niego możliwe jest kilka opcji.
Pani Kurkowa
powitała Bartka z radosnym okrzykiem i talerzem zupy pomidorowej, bo akurat
dzisiaj dostała przebłysku intuicji i zrobiła ulubioną zupkę swego ukochanego
synka marnotrawnego. Pan Kurkowy stał w korku w samym centrum Świdnicy, w
godzinach szczytu nawet po takim mieście trudno było się przedostać na obrzeża.
A młody Kurek , wbrew wyobrażeniom brata wracał właśnie wykończony z treningu.
Starszy brat jest dla niego autorytetem i tak jak on, Kuba zaczyna od
koszykówki.
{Mania}
- Zawadzka! –
zatrzymał ją ostry głos dyrektorka szkoły tańca – znowu się spóźniasz!
No cholera
jasna no! Że też akurat dzisiaj musiała sobie wpaść i sobie sprawdzić, czy
żadna zabłąkana duszyczka nie przychodzi pięć minut po dzwonku… No dobra,
kwadrans... Ewentualnie pół godziny…
- Przepraszam
bardzo – ty stara suko, mam też jebane życie osobiste i prawo do posiadania problemów, z którego chętnie bym
zrezygnowała na twoją rękę, ale nie mogę. Może też mam takie dni kiedy wstaję
rano i kac nie daje mi podnieść powieki, a co dopiero donieść zacnej dupy do
pracy. Może mam prawo do moralnego doła i do strojenia fochów na cały świat i
prawo do spóźniającego się okresu też! – to się więcej nie powtórzy – chrzanić
to! Rzucam tą robotę!
- Mam
nadzieję, bo jeszcze jedno ostrzeżenie i… - nie dokończyła, spojrzała na Mańkę
groźnie z w powietrzu podarła jej niewidzialną umowę o pracę na drobne
kawałeczki. – A teraz sprintem na salę, dzieciaki czekają.
Gdy tylko jej
farbowany rudy hełm na pustym, wrednym łbie, koścista dupa wciśnięta w
butelkową spódnicę za kolano i chude nogi obute w jasnozielone,
czternastocentymetrowe szpilki zniknęły za rogiem Mania wystawiła wdzięczną
dłoń z wyprostowanym środkowym palcem. Tak, kochała swoją pracę w takich
momentach. I tak, można ją było nazwać mordercą z zimną krwią i sercem z lodu,
bo zabijała już wiele razy, na razie tylko w myślach, ale niedługo pokaże co
potrafi w samym centrum miasta. Tak naprawdę już od pół roku struga ołówki,
suszy bułki i piłuje łyżeczki. No dobra, jeszcze nie zaczęła, ale postanowiła
że zacznie w niedługim czasie.
- Małpa –
rzuciła bezgłośnie i weszła na salę.
Wpatrywało się w nią 30 szeroko
otwartych par oczu i 30 rozdziawionych ust. No cóż, nie prezentowała się chyba
najlepiej... chyba pierwszy raz przyszła bez makijażu. No dobra, może nie to
było przyczyną zaskoczenia. Rozczochrane, niemyte przez tydzień włosy
(zazwyczaj myje je codziennie) mogły przerażać. Ok, podpuchnięte z braku snu i
wyprodukowania takiej ilości łez w której spokojnie utopiłaby siebie i całą
Rosję i Półwysep Skandynawski oczy, też robiły swoje. Do tego złość wymalowana
na ustach, nie zeszła po miłym spotkaniu z pracodawczynią, porozciągany
stary dres i japonki do skarpetek. No już dobra, łapię, to mogło przerazić. Mam
nadzieję, że teraz mnie nie słyszy, bo wyglądała jak skrzyżowanie dziewczynki z
Ringu i szalonego alchemika z pracowni chemicznej.
Rzuciła torbę w kąt i zaczęła
tańczyć. Reszta nadal stała i wlepiała w nią gały, ale po kilkunastu sekundach
kiedy rzuciła w ich kierunku groźne spojrzenia zreflektowali się i próbowali
nadążyć za jej szaleńczym tempem, co kończył się wpadaniem na siebie, deptaniem
po nogach i wyciem z bólu.
- Co z wami do cholery jest? Obudzić
się! Ruszać zaspane dupy, nie przyszliście tu się bawić , tylko pracować, a jak
się chce coś osiągnąć to trzeba ciężko pracować. – przeskakiwała po twarzach
wszystkich, którzy byli na sali. Nastała krępująca cisza, każdy bał się wykonać
jakikolwiek ruch.
Nagle z Sali wybiegła dziewczyna
a zaraz za nią jej partner. Wszyscy wiedzieli, że Zuza jest bardzo ambitna i
zabolały ją takie słowa, nawet jeśli były skierowane do ogółu.
Mania zrezygnowana wyszła za
nimi.
Zuza kucała z twarzą w dłoniach,
przy ścianie zaraz przy drzwiach, a Filip kucał przed nią i obejmował ją
ramieniem. Rzucił na Majkę wystraszone spojrzenie.
- Przepraszam, poniosło mnie, nie
powinnam była tak na was naskoczyć – słowa same wypływały z jej ust i była
zdziwiona, że tak brzmią.
- To my przepraszamy, zaraz
wrócimy na zajęcia, tak Zuziu? – podniósł jej podbródek, tak żeby na niego
patrzyła.
- Tak, ja… ja nie powinnam tak
reagować, może mi pani wpisać naganę…
Mania nie wiedziała co zrobić,
stała tak i obrywała skórki przy paznokciach. Miała ogromne wyrzuty sumienia.
Jeszcze kilka sekund temu miała wrażenie że wstąpił w nią demon, chciała ich
tam wszystkich rozszarpać. Ale to nie o nich chodziło. To nawet nie chodziło o
jędzę w butelkowym kostiumie. Tu chodziło o Bartka. Chciała go rozszarpać, a
potem powrotem poskładać, skleić kropelką i żyć z nim długo i szczęśliwie. Jest
chora…
Zuza podniosła się wgapiając się
w podłogę, Filip wstał razem z nią, a Mania po prostu ich do siebie przytuliła,
wróciła na salę i dalej spokojnie, zwyczajnie, chociaż tym razem na boso
poprowadziła zajęcia do końca.
{Bartek}
- Sie masz Rudy Kojocie! Melduję
się pod twoją hawirą. Drzwi otwieraj!
Pół godziny później siedzę rozwalony
na jego kanapie, piję jego piwo, wpieprzam jego zwierzakowe precelki, czy co to
tam jest i z jego kart mam ułożoną idealną karetę.
Opowiadam mu po krótcy o powodzie
mojej wizyty, a z jego ust pada bardzo mądre stwierdzenie (w tym miejscu pragnę
ponownie pozdrowić Pitera):
- No bo widzisz stary tak to w
życiu bywa, raz pęka serce, raz prezerwatywa.
Rude jest wredne, to fakt. Głupie
też, to fakt. Daje się często wkręcić Miśkowi w te jego głupkowate żarty, to
fakt. Ale od czasu do czasu powie coś sensownego…

Tak trochę chaotycznie, ale idzie ogarnąć, co i jak. :D mam nadzieję, że jednak w piątek napiszesz nowy rozdział! :D
OdpowiedzUsuńwiem, wiem, ale chce być bardziej na bieżąco, chce opisać ligę światowa, chociaż trochę- a to przecież maj/początek czerwca, i potem szybko igrzyska. Nie chce żeby ciągnęło się jak Moda na sukces, a serio takie miałam wrażenie. Jeden dzień przez kilka 'rozdziałów'... To męczy. :P
UsuńMasz rację, w tym przypadku szybszy obrót czasu wyjdzie na dobre :) bo przeżywanie Ligi, czy Igrzysk długo po zakończeniu ich byłoby nudne :D
UsuńPS
UsuńNawet się cieszę, że wolisz tworzyć, niż sprzątać, nie wiem jednak, co na to Twoj pokoj hahahaa;D
Ogarnęłam;D Dałam radę;D Oj Bartek Bartek a nie mówiłam;D
OdpowiedzUsuńFajniee , fajniee ♥
OdpowiedzUsuńJa też ogarnęłam . < 3
Serdecznie zapraszam na kolejny rozdział na xxlittle-xdiffrent-fckn-gnr.blogspot.com/2012/08/rozdzia-67.html ;)
OdpowiedzUsuń