wtorek, 17 lipca 2012

Chapter II.


Rozdział II, 
Z rodziną dobrze się wychodzi nie tylko na zdjęciach (chyba), koncert i zupełnie "przypadkowe" spotkanie.

~*~

„Odkąd sięgam pamięcią, zawsze było coś nie tak
W niełasce, w ciągłym nieszczęściu los bił na oślep
Szybko przestałam być dzieckiem, czy choć przez chwilę byłam nim?
I naprawdę nic co ludzkie mi obce nie jest
Zabawne jakie rzeczy potrafią czasem do głowy przyjść
A ja za dużo widzę, za mocno czuję.

Jenny, mam na imię Jenny…”

Krzyczałam z Bartosiewicz, dopóki mama nie przyszłam mnie uciszyć i zawołać na obiad.
Zrobiła lasagneę, o dziwo wszyscy mieli zamiast mięsa warzywka. Czyżby spodobała im się moja dieta?
- Mania, czemu nic nie mówisz? – pierwsza odezwała się mama.
- Zamyśliłam się. – uśmiechnęłam się do niej szczerze. – Mówiliście o czymś?
- Zapytałam cię co zamierzasz robić przez całe wakacje.
- Hm… - znowu się zamyśliłam, tym razem na krótko. – A muszę coś robić?
Mama lekko się zmieszała.
- Po prostu myślałam, że większość twoich rówieśników powoli szuka sobie jakiejś sezonówki, to ty też będziesz chciała…
- Mamo, ale przecież nie będę roznosić ulotek po osiedlach! Płacą za to mniej niż wydam na dojazd do drukarni. – spojrzała na mnie z dezaprobatą.
- Kochanie, ale możesz chodzić tam na nogach…
- Ta i później chodzić 7 godzin po mieście? Dzięki, ale w takim razie to ja już wolę siedzieć sobie w domu i nie mieć kieszonkowego.
- Dobrze, nie irytuj się tak… Ostatnio strasznie jesteś nerwowa, nie wiem co się z tobą dzieje.
- Okres niedługo dostanę. – mama jeszcze bardziej się zmieszała. Nie chciała o tym rozmawiać.
- A co ty na to, jakbym załatwiła ci pracę w cateringu? – mama i tata wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Że niby miałabym pracować z tobą?- oburzyłam się, no tak chciała mieć nade mną kontrolę…
- Nieee. Spokojnie, jeśli ja byłabym na zmianie rano, ty po południu i na odwrót. Co ty na to?
- Ale pierwszy tydzień razem? – musiała mnie wprowadzić do tej pracy przecież.
- Oczywiście, jak będziesz chciała. – uśmiechnęła się do mnie ciepło.
- Jasne. – cmoknęłam ją w policzek.
- Jak się upewnię co i jak, to możemy zacząć od przyszłego poniedziałku? – puściła do mnie perskie oko.
- A co ze mną? – zapytał Szymek.
- Kochanie, jesteś za mały. Jeśli potrzebujesz większego kieszonkowego, to wystarczy powiedzieć – pocałował go w czoło tata, a Młody wytknął do mnie jęzor. Zaraz mu dowalę! Tylko niech nie będzie rodziców w pobliżu.
- Kochanie, jesteś za MAŁY. – powtórzyłam po tacie i chyba tylko Szymon zrozumiał ukryty sens tych słów, bo znowu wytknął do mnie język, teraz bez uśmiechu.
Kiedy wszyscy skończyli zebrałam się i wyszłam do Froda. Byłam tam tydzień temu i mam nadzieję, że płyta już dotarła.
Od wejścia uderzył mnie półmrok, który był powodem mojej większej fascynacji tym sklepem. Nie było sztucznych białych świateł, przy suficie wisiał Tylko stary, zakurzony żyrandol. To dość dziwne jak na sklep, ale taki właśnie był Frodo- dziwny.
Przeszłam wzdłuż półek i przejechałam po nich palcami. Byłą na nich warstwa kurzu, ale chyba nikomu z klientów to nie przeszkadzało. Miałam wrażenie, że o tym malutkim sklepiku wciśniętym gdzieś między warzywniakiem, a ekskluzywnym butikiem wie niewiele osób, a śa to głównie osoby podobne do mnie. Może to trochę egoistyczne, pyszne, ale nie rozumiałam po co w ogóle zamawiali tam jakiś chłam – elektro, techno, dancehall, puste lale, gwiazdki Disneya… To i tak nigdy nie schodziło i musieli je wyrzucać, albo leżały wciśnięte na najdalszą półkę, do której i tak nikt nigdy nie dociera.
Lubiłam klimat Frodo. Było po prostu przytulnie. Jedyne co mi tam nie pasowało to właśnie w.w. płyty, ale mniejsza z tym. Mają nawet urządzenia do wkładasz krążek i słuchasz w słuchawkach piosenek, nie pamiętam jak to się fachowo nazywa.
Za ladą stał Dred i uśmiechał się szeroko od momentu kiedy ujrzał moje mordercze spojrzenie. Musiałam taka być, bo inaczej to bym się chyba rozpłynęła pod wpływem jego spojrzenia. A przecież żadna z nas, dziewczyn nie chce oszaleć na punkcie jakiegoś tam chłopaka. Każda chce mieć nad nim jakąś tam kontrolę. Ja takową jak na razie miałam i unosiłam się z tym najbardziej jak mogłam.
Podeszłam do niego i spojrzałam w te jego zielone tęczówki. Bił od niego bardzo przyjemny zapach. Lubiłam męskie perfumy. Jak byłam mała… Tak teraz zanudzę was wywodami z dzieciństwa – spójrzcie do góry i w prawo, tam będzie moja retrospekcja. Got it?- Jak byłam mała wykradałam tacie fiolkę z perfumami, zamykałam się w moim pokoiku i po cichy skradałam się do mojego ulubionego misia. Znienacka na niego wyskakiwałam i psikałam aż nie wypsikałam całej fiolki. Potem skradałam się powrotem do łazienki rodziców, żeby niepostrzeżenie ją odłożyć, muszę się pochwalić, że ani razu mnie nie przyłapano… Biegłam powrotem do mojego pokoiku i ściskałam przez kilka godzin misia, zatracając się w zapachu. – okej, możecie odetchnąć, skończyłam.
- Cześć – mruknął niepewnie i podał mi rękę. Czemu on jest taki pewny siebie, jeszcze się nie połapał, że nie chcę mieć z nim żadnych bliższych kontaktów? Zignorowałam go.
- Jest już płyta?
- Ale jaka płyta?- czyli raz udawał, że mnie nie pamięta, a raz nie?
- Najnowsza płyta Linkin Park?
- Ach ta… Była – odpowiedział bez emocji.
- Jak to „była”? – otworzyłam szerzej oczy. Nie możliwe, że ja przegapiłam. I że niby sprzedała się w nie cały tydzień?!
- No tak, szła jak świeże bułeczki. – kpił sobie ze mnie.
Już wychodziłam, kiedy…
- Ej! Jednak jest ostatnia. – Wiedziałam, że blefuje.
- No to poproszę – powiedziałam zdenerwowana.
- Tylko jest problem. – uśmiechnął się przepraszająco.
- Co znowu? – warknęłam na niego zniecierpliwiona.
- Bo… Ja ją właśnie kupiłem. – oczy jeszcze bardziej mi się rozszerzyły, próbowałam się uspokoić, bo przecież on tylko się droczył. Chłopak się ze mną droczył?! To zwykle ja droczę się z nimi.
- Gustujesz w takiej muzyce? – zapytałam siląć się na miły ton
- W tym momencie tak – mrugnął do mnie okiem, a ja poczułam, że wychodzę z siebie i staję obok.
- Okej, przejdę się do Empiku w takim razie. – Ruszyłam do drzwi, tym razem jego krzyki już mnie nie zatrzymały. Nie mógł mi tak po prostu sprzedać tej płyty? Żyłby sobie teraz spokojnie… I ja też.
Ktoś złapał mnie za ramię.
- No czekaj no!
- Puszczej mnie, Wojtek! – nie dałam rady wyrwać ręki z jego uścisku. Był stanowczo za blisko. – To boli ty idioto!
Zwolnił uścisk.
- Dlaczego ty taka jesteś? – Czułam jego oddech na twarzy, więc wyrwałam rękę i położyłam mu ją na klatce żeby zachować bezpieczną odległość.
- Czego ty tak w ogóle ode mnie chcesz?
- Daj mi chociaż szansę – znowu się przybliżył.
- Szansę na co? – nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. Chwila! Ja jestem Mańka. Podniosłam głowę do góry i to był błąd. Nie wiedziałam już co robię. Zielone tęczówki były kilka centymetrów od moich.
- Razdwaczyczterypięćdziesięć! Już! Zmarnowałeś swój czas. – biegłam do domu.
- Mańka!- wmurowało mnie.
- Skąd ty do jasnej cholery znasz moje imię?
Uśmiechnął się tylko i patrzył zadziornie.
- U mów się ze mną.
- Chyba sobie ze mnie kpisz! Jesteś świrem wiesz?
- Możliwe. No ale chyba, kurwa, każdy zasługuje na odrobinę szacunku, co nie? – burknął z miną sześciolatka, któremu ktoś właśnie powiedział, że jest dziecinny bo wierzy w Świętego Mikołaja.
- Masz mój szacunek – machnęłam rękoma w jego stronę – A teraz spieprzaj, bo ci sklep okradnął, mały – zaśmiałam się, rozbawiła mnie jego mina.
Przesłał mi buziaka w powietrzu i odszedł. Jest bezczelny no! Ja go nawet nie anam. I skąd on wie, jak ja mam na imię?
Cholera jasna! Zapomniałam o płycie. Załatwić to od razu czy przyjść jutro? Dobra, już więcej się tu nie pojawię. Przełknęłam ślinę, weszłam do środka i od razu tego pożałowałam.
Wojtek miał słuchawki w uszach i  wykonywał jakiś dziki taniec. Przywoływał deszcz? A może to był taniec radości. Sama nie wiem, czy chę wiedzieć.
Wyszłam niezauważona i postanowiłam na zawsze wymazać to z mojej pamięci.

~*~

 CD


Obudził mnie telefon.
Kto dzwoni o 7 rano?
- Halo?
- Serwus!
- Bubiś, co ty robisz o tej godzinie?
- Słuchaj mnie młoda. Ty wiesz kto dzisiaj gra?!
- Co? Gra? Gdzie i kto? – o 7 nie kontaktuje zbytnio dobrze.
- W P6, Rebel Roses, dzieciaku! Nie śpij, bo o 20.00 wbijamy na koncert.
- Uhum. – mruknęłam zaspana i dołożyłam słuchawkę. Chyba zasnęłam.

(7 godz. Później)

Aaaaaaaaaaaa! Gdzie są moje skarpetki?! Biegam po domu jak obłąkana z miską mleka i szukam… czego ja szukam? A, skarpetek. Jak na złość nie chcą się dobrać w pary.
Roses, Roses, Roses – rozbrzmiewa w mojej głowie. Dzisiaj nie obchodzi mnie nic innego. Goście są genialni. Brzmią całkiem jak starzy, poczciwi Guns n’ Roses.
Za 5 godzin musimy być gotowe, ba musimy tam być i czatować w kolejce, żeby jeszcze były bilety.
Oddychaj, oddychaj.
Już mam strój, a właściwie wszystko gotowe. Wystarczy później pół godzinki, żeby się ogarnąć. Czyli mogę z Wiwi nawijać przez cztery i pół.
Chwilę czekałam przed monitorem zanim pojawiła się pomarańczowa burza loków.
- No hej, Wiewióreczko! – krzyknęłam jej uradowana.
- Mania, ty taka rozradowana?
Opowiedziałam jej o dzisiejszym koncercie i reagowała z takim samym entuzjazmem jak ja.
- A jak tata Buby? – wiedziałam, ze chociaż jej nie zna, strasznie ją lubi i martwi się prawie tak bardzo jak ja.
- Na szczęście jest coraz lepiej. Za tydzień mają go wypuścić ze szpitala.
- To cieszę się bardzo.
Wiwi opowiadała jeszcze długo o tym jak fajnie jest w Oslo i że od kilku dni pracuje na zmywaku, o czym nie wspomniała wcześniej, bo nie chciała zapeszać.
Głównie to chodziło o to, że już pierwszego dnia poznała Jeremiego Jakiegośtam. Dla niej nie jest Jakimśtam, ale wiem że nie potrafi wytrzymać z człowiekiem dłużej niż tydzień. Ja jestem wyjątkiem od reguły oczywiście…
Zapytała o Wojtka, ale nie powiedziałam jej nic szczególnego. W końcu chodziło o prezent dla niej…
Coraz gorzej czułam się ze świadomością, że w końcu muszę jej kiedyś o tym powiedzieć i pewnie strasznie się wkurzy. To już tylko pół miesiąca.
Z bólem pożegnałyśmy się punkt 18.30. Ubrałam czarne rurki i bluzkę z logiem Gunsów, które wybrałam wcześniej.
Zazwyczaj się nie maluję, umyłam tylko włosy, wysuszyłam i roztrzepałam. Na koniec przeciągnęłam rzęsy mascarą. Spojrzałam na swoje odbicie. Wyglądałam prawie normalnie… Zmieniło się tylko to, że miałam (tylko optycznie) większe oczy. Lubiłam ten efekt, ale zostawiałam go tylko na specjalne okazje. Na takie jak dzisiaj.
Uśmiechnęłam się do siebie i przyjrzałam się dołeczkom na polikach. Kiedyś ktoś mi powiedział, że dołeczki mają tylko osoby, które są szczere i prawdziwe. Jestem z nich dumna, nawet jeśli to nieprawda wyssana z kciuka.
Zabrzęczał budzik. Była 18. Dobrze, że P6 jest kilkaset metrów od mojego domu. Oczywiście nie mogłam znaleźć czarnych trampek, wzięłam czerwone.
Spóźniłam się 5 minut, ale od razu wyczaiłam Bubę w kolejce. Nie była zła. Cmoknęłam ją w policzek, a moje nozdrza delektowały się charakterystycznym zapachem pomarańczy.
W kolejce nie stałyśmy długo, ale już kilka minut po 19 nie było sensu przychodzić, bo biletów po prostu zabrakło. Miałam szczęście, że Buba była przede mną.
Nie było sensu stać pod sceną 40 minut, jak jakieś idiotki, więc poszłyśmy do pubu. Buba po raz n-ty posłużyła się fałszywym dowodem (jeszcze pół miesiąca i nie nie trzeba będzie odwalać całej tej szopki) i bez problemu kupiła nam po 2 piwa. Jedno włożyłam do torby a drugie otworzyłam z charakterystycznym odgłosem.
Usiadłyśmy przy ostatnim wolnym stoliku. Większość ludzi wybierających się na koncert zrobiło to co my, więc pub momentalnie wypełnił się wrzawą.
Siedziałyśmy i gadałyśmy o wszystkim i o niczym. Kiedy weszłyśmy na niepewny temat czułam że ziemia pod nami dziwnie faluje, jakby zaraz miała pęknąć- niepewny grunt. Bubce oczy ani razu się nie zaszkliły, więc byłam z niej bardzo dumna. Nie chciałam jej dołować przed koncertem więc starałam się szerokim łukiem omijać ten temat.
Wczoraj wieczorem opowiedziałam jej o Wojtku. Nurtował mnie ten człowiek. Każdy normalny chłopak poddaje się po pierwszym koszu. Każdy zdrowy na umyśle chłopak trzyma się ode mnie na dystans. A Dred nie…
Powiedziała mi, że jestem głupia.
Sama jest głupia! Bo co? Bo nie lubię takich chłopaków? Bo w ogóle nie lubię chłopaków? Bo dla mnie są bezmózgimi? Bo są dziecinni? Lubię facetów, a nie chłopców, którzy ledwo wyszli zza spódnicy mamusi a już zgrywają twardzieli i chcą być górą nad kobietami. Są za pewni siebie.

~*~

- Dobry wieczór państwu. Nazywamy się Rebel Ross i zaraz pokażemy wam kawałek naszej pasji. Jedziemy!
Uderzenie w pałeczki i pierwsze akordy „Paradise City”. Uou, to jest coś co uwielbiam.
Stałyśmy pod sceną i czułyśmy się jak na koncercie prawdziwych Gunsów. Ubrani byli podobnie, wokalista krzyczał kiedy trzeba było, charakterystycznie skrzeczał; basista miał wyraźne pasemka w jaskrawych kolorach; gitara prowadząca kręconą burzę na głowie i cylinder, różniący się tylko niektórymi szczegółami jak czerwona bandana zaraz nad rondlem; trzecia gitara miała zwiewną bluzkę, szal i kaszkiet; perkusista, pomimo ograniczonego przez „gary” miejsca, miał w sobie tyle energii i radości, że spokojnie starczyłoby na obdarowanie reszty zespołu, a i tak były żywszy i więcej by się śmiał nawet od wokalisty, co byłoby nie lada wyczynem, bo ten skakał po scenie jak szalony.
Publika szalała, śpiewała razem z zespołem, pogowała… Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam takiego szału.
Na „Welcom to the jungle” poziom niebezpieczeństwa pod sceną gwałtownie wzrósł – pewien koleś w bandanie, długich włosach i skórze rozkręcił pogo na maksa. Zaangażowane było chyba 70% zgromadzonych w klubie (nawet techniczni nie mogli się powstrzymać). Co prawda zgrzeszyłabym, gdybym powiedziała, że byli lepsi od oryginału (Boże uchowaj!), ale byli chyba najlepszą kopią jaka istnieje.
Najpiękniejsze jest to, że jeśli upadniesz na ulicy, wszyscy  cię ominą, niektórzy nawet wyśmieją, a na pogo od razu wędruje w twoim kierunku trzydzieści par rąk, żeby pomóc ci wstać. To jest jakaś magia.
No i apropos właśnie zostałam wypchnięta i o mały włos upadłabym, gdyby nie czyjeś silne ręce przytrzymujące mnie w talii.
- Patrz pod nogi – zamruczał znajomy głos prosto do mojego ucha. Przed moją twarz wskoczyły dredy.
- A ty co? Śledzisz mnie, żeby wkroczyć w najdogodniejszym momencie? Misja skończona rycerzu, idź ratować inne nadobne niewiasty potrzebujące twojego zbawienia. – zaśmiał się, ale nie wziął rąk, ale wręcz przeciwnie – przytulił mnie.
Odepchnęłam go i próbowałam krzyknąć tak, żeby mnie usłyszał:
- Lecz się człowieku! Ty mnie nawet nie znasz.
- Chodźmy stąd – kiwnął głową w stronę wyjścia.
- Okej, żegnam. Możesz sobie iść.
Wskoczyłam ponownie w sam środek tłumu, ale za chwilę znowu zostałam odbita w stronę Dreda, który pospiesznie złapał mnie za rękę i ciągnął w stronę wyjścia.
- Ogarnij się, psycholu! Puść mnie mnie, kurwa mać! – na nic zdało się krzyczenie i wyrywanie się, w efekcie tylko pogorszyłam sprawę. Ignorując dziwne spojrzenia ludzi, kiedy tylko tłumy się przerzedziły zarzucił mnie sobie przez ramię.
- Ty idioto! Czy ty jesteś ślepy?
- Ciii… Bo sobie pomyślą, że serio jestem dziwny. – naśmiewał się tylko ze mnie. Co miałam poradzić? Miałam tylko marne sto sześćdziesiąt pięć przy jego chyba dwóch metrach.
Kilka osób patrzyło na nas nawet z zaciekawieniem. Wojtek nie reagował na kopanie, walenie pięściami a nawet próby gryzienia w szyję. Wyszedł wyjściem ewakuacyjnym (tylnim wejściem/ wyjściem, które na moje nieszczęście można było otworzyć tylko od wewnątrz). Sytuacja coraz mniej mi się podobała. Drzwi tłumiły dźwięki z klubu, byliśmy na małym placyku, dookoła panował mrok. Wokół widziałam tylko śmietniki i budynki, dalej – za mną – biegła długa, wąska ścieżka między dwoma starymi blokami. Wojtek nadal trzymał mnie zwisającą głową w dół, co było bardzo niekomfortowe.
- Postaw mnie kurwa na ziemię! Jakim ty, kurwa w ogóle prawem… i tak mnie… Grrrrr!- Jeszcze nikt mnie tak nie traktował! Facet wychodzi tak sobie ze mną na ręcach, a ja, ze względu na scenografię, zamiast się bać, że mnie zostawi w lesie, zabije i zgwałci, albo w odwrotnej kolejności, byłam bardziej wkurzona, że robi mi coś wbrew mojej woli. To niedorzeczne! – Chcę tam wrócić. – próbowałam pobiec tą ścieżką i wejść wejściem, bo innej drogi nie miałam, ale niezły ma refleks, skubany. – Czego ty ode mnie człowieku chcesz, do cholery?! Mam ci milion razy powtarzać żebyś dał mi spokój a ty i tak nie zrozumiesz przekazu? Jesteś aż takim idiotą? – to go chyba ruszyło, bo spojrzał na mnie spode łba – Kuźwa, zachowujesz się, jakbyśmy byli parą, albo… albo jakbyś był moim jakimś zaginionym starszym bratem! Proszę cię, nie mów mi, że mama porzuciła cię po porodzie, wychowywałeś się w domu dziecka, a teraz wracasz, żeby mnie odszukać, wywrócić mi życie do góry nogami, co właśnie próbujesz zrobić?! – myślotok, jedna z rzeczy które prędzej czy później wytrącają z równowagi osoby które mnie poznają.
Wojtek miał minę typu: „WTF?!”
- Nieee…?
- NO to co mam zrobić, żebyś dał mi święty spokój? Kasy przy sobie nie mam, nie postawię ci piwa. Dziwką też nie jestem, więc na wieczór musisz sobie poszukać… - zamknął mi usta swoją ręką.
- Dasz mi coś powiedzieć? – dałam znać oczami, że tak, więc zabrał dłoń.
- Innej. – dokończyłam i zrobiłam niewinną minę.
- Zawsze tak dużo mówisz? – otworzyłam już usta, żeby mu powiedzieć, że nie zawsze, bo… - Whatever, nie musisz odpowiadać. Umów się ze mną.
- Jesteś świrem?! – nie mogłam w to uwierzyć.
- Możliwe… Po prostu daj mi szansę. 3 godziny tobie nie sprawią problemu, a mi mogą pomóc bardzo. Po tym jednym spotkaniu, jak tylko będziesz chciała, dam ci święty spokój, tylko daj mi jedną szansę! – on mnie wręcz błagał (łatafak?!)
- Jasne, emmm… możemy o tym pogadać kiedyś tam indziej, przy okazji czegoś tam innego? Koncert mi ucieka!
- Ich? – bąknął z lekką pogardą – To moi kumple, nie uwierzą jak im powiem, jak ci zależy, żeby nie ominąć ani jednej piosenki… - załamałam ręce – Spokojnie, załatwię ci wejściówki na tyle koncertów ile tylko będziesz chciała.
- Poświęcę się następnym razem i też przyjdę wcześniej. Obejdzie się bez twojej łaski, a teraz zdejmij swoje łapy z mojej talii, proszę i pozwól mi tam iść. Bo nie po to stałam godzinę wcześniej w kolejce, żeby prowadzić teraz z tobą jakieś dziwne rozmowy, które i tak nie mają sensu. Nie jestem tobą i nie mam wszystkiego, czego chcę więc…
- Skąd niby wiesz, że ja mam wszystko czego chcę? Nie znasz mnie przecież!
- No właśnie! Wreszcie to zrozumiałeś Panie IQ170 JedyneczkęZPrzoduTrzebaWymazać! – pokręciłam głową z niedowierzaniem. – To ci od jakiegoś czasu próbuję uświadomić.
- To po co ja się z tobą chcę spotkać i chociaż przez trzy godziny z tobą pogadać?
Staliśmy naprzeciwko siebie, on z jedną ręką na moim nadgarstku a drugą w talii, ja z wściekłą miną wpatrzoną w  tęczówki, które w mojej wyobraźni przybrały intensywny kolor szkarłatu, który wyrażałby jego emocje.
- Bo jesteś chyba jakiś ograniczony!
- Okej, Proszę Pani ArcyWielceNiedostępna! Umówisz się czy nie?
- Okej, Proszę Pana OgraniczonyUmysłowo, dam ci trzy godziny – tak dużo – ale jeśli nie zrobisz na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, czyli na pewno, więcej się nie spotkamy tak?
- A przypadkowe spotkania się liczą czy nie? – zmiażdżyłam go wzrokiem – Okej rozumiem, wtedy odwracam się na pięcie i udaje że nie widziałem ciebie, ani ty mnie… - zero reakcji z mojej strony. – Czyli tak?
- Jeśli teraz mnie puścisz wolno, pozwolisz odejść w spokoju. Bo inaczej zacznę się tutaj drzeć jak opętana i wtedy na pewno mnie usłyszą - pacnęłam się dłonią w czoło, czemu wcześniej na to nie wpadłam!
Opuścił dłonie, więc wróciłam do wejścia. Obróciłam się na końcu ścieżki, ale jego już nigdzie nie było. Dziwny jest.
Buba nawet nie zauważyła, że mnie nie było.
Kilka godzin później wróciłam do domu, nie myśląc o niczym innym niż moje mięciutkie łóżeczko. Wystarczyło przytknięcie głowy do poduszki i od razu odpłynęłam do krainy Morfeusza.

~*~

ja wiem, krótko... ale byłam nad morzem i nie to, że nic nie napisałam. wręcz przeciwnie. napisałam bardzo dużo, ale moją największą wadą jest lenistwo. jak już napisałam w zeszycie to nie chce mi sie tego przepisywać na komputer i robię to mozolnie, nie chcę pisać dalej dopóki nie przepiszę, więc dopisuję w zeszycie i suma sumarum (łotewa jak to się pisze) więcej dochodzi tekstu niż go "ubywa"- błędne koło. chyba zacznę pisać kolejne rozdziały na kompie i jednocześnie przy braku weny przepisywać kolejne.
koniec, bo zaraz mi postskript wyjdzie dłuższy niż sam rozdział.

siiijabyczys.

no i jak już czytacie (a ze szczętnych statystyk, analiz i tabel, tabelek wynika że ktoś to jednak czyta), to zostawcie jakiś ślad, pipol! nie wiem czy mam coś zmienić, czy jest dobrze... nic przez was nie wiem!!! grrrrrrrr.



[edith]
Dodałam tekst, nie wiem czy dobrze, bo jeśli już ktoś to przeczytał to pewnie nie będzie czytał jeszcze raz, ale jak ktoś dopiero przeczyta (a mam nadzieję, że tych osób będzie więcej), to tak będzie lepiej. ;)

9 komentarzy:

  1. Już myślałam, że nie doczekam się dalszej części! Codziennie, nawet po kilka razy (!), wchodziłam na bloga i sprawdzałam, czy jest ciąg dalszy. :) Jak dla mnie rzeczywiście trochę za mało się działo. Rozpoczęłaś mega długim rozdziałem, w którym zawarłaś dużo treści, a tutaj było już jej znaaaaaacznie mniej. ;) Pozdrawiam! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS
      Życzę dużo chęci i sił do przepisywania rozdziałów z zeszytu na komputer! :D Bo nie chcę paść z ciekawości ;D

      Usuń
  2. Ojej no trochę się boję że zawiodę bo pisze całkiem amatorsko, nawet nie chce mi się czytać tego co pisze dwa razy a co dopiero tobie... I dzięki że w ogóle chce ci się zaglądać :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chce mi się, bo ja lubię takie opowiadania :) Zawsze jestem ciekawa dalszego ciągu, choć zdarza się wiele historii, które z góry mnie odrzucają, chociażby stylem pisania autorki! :) A Twój pierwszy rozdział mega mi się podobał! Może dlatego, że akcja toczyła się tak cholernie szybko! :D Lubię, gdy się dzieje, a w szczególności z moją przeogromną wyobraźnią, w której każde Twoje słowo mam od razu zobrazowane przed oczami! :) Pisz dalej, rozwijaj się, bo warto ;)

      Usuń
  3. Witaj :)
    Bardzo dziękuje za komentarz. :)
    I tak, oczywiście, że będe powiadamiała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ ona już z nimi mieszkała. I było źle, bardzo źle, dlatego się przeprowadziła. Polecam przeczytać wszystkie rozdziały, żeby wiedzieć w czym tkwi problem :)

    Co do Twojego opowiadania to... Praca fajna i praktycznie na miejscu. Moja koleżanka miała pojechać na dwa miesiące do Irlandii, ale uznała, że to za długo. Nie widziałaby się ze swoim facetem. Nie pojechała, a teraz siostra jej to wypomina, mówiąc: zużywasz prąd, zamiast zapierdalać w Irlandii. Nic miłego ;/
    Dziwny ten Wojtek, ciekawa jestem, czego tak naprawdę chce? A może założył się z tymi Rebelami i żeby wygrać zakład, musi iść na randkę?

    Zapraszam na moje drugie opowiadanie: http://sunsethollywood.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. A więc nie wiem czy chciałaś abym powiadamiała, ale u mnie nowy, zapraszam na xxlittle-xdiffrent-fckn-gnr.blogspot.com xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam na siąg dalszy :D
    Strasznie uwielbiam Bartosiewicz ;) fajnie, że ktoś jeszcze o niej pamięta.

    OdpowiedzUsuń